niedziela, 15 lutego 2015

Wazelinka do ust Bielenda - największy cudak jaki do tej pory napotkałam.



Po pierwszym zastosowaniu stwierdziłam, że to chyba jakiś żart. Mój makijaż, bo tak trzeba nazwać tę próbę pielęgnacyjną, przypominał Madonnę w czasach jej świetności. Błyszczący, przeraźliwie jasnoróżowy odcień, w dodatku nierówno położony na ustach. Zostańcie do końca, bo to nie wszystko co można o niej powiedzieć.

ŚWIETNY SKŁAD

Stracił mi się  kartonik ze składem, ale z tego co pamiętam, był identyczny jak w wersji arbuzowej, za wyjątkiem pigmentów. Bez trudu łatwo zauważyć olej kokosowy, masło shea, olej z avocado czy witaminę C. Parafinka na pierwszym miejscu dla ust nie zrobi akurat nic złego. Ba, wręcz doskonale je zabezpieczy przed zimnem i mrozem.

http://www.infallible.pl/2014/12/bielenda-kuszacy-arbuz-wazelinka-do-ust.html

APLIKACJA

Bez lusterka się nie obejdzie. Nie polecam też przesadzać z ilością. Gruba warstwa spowoduje efekt lakieru do paznokci na ustach. Zwyczajnie mega dziwnie to wygląda. Niewielka ilość, lekko rozsmarować i za minutkę... 

EFEKT KOŃCOWY
Po kilku minutach okazało się, że ten produkt zmienia kolorystykę na przepiękny róż. Prawdę mówiąc od lat poszukuję takiej szminki. Niezbyt nachalny, nie za różowy, ale mimo wszystko widoczny na ustach. Co więcej, gołym okiem można odczuć nawilżenie i ukojenie spierzchniętych ust. Jest cholera, naprawdę przyjemna ! No trudno , trzeba się z nią trochę namęczyć, bo mieć przy sobie atrybut narcyza, ale ostatecznie gra jest warta świeczki. Pomalowane usta a przy tym dogłębnie nawilżone.
Koszt ok. 8 złotych. 
Ciężko mi dać jej jakąkolwiek ocenę.
Znacie ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że jesteś. Chętnie zajrzę i do Ciebie ;-)