czwartek, 21 września 2017

Płyn micelarny z Lidla - dlaczego warto kupić, którą wersję wybrać?

Płyn micelarny to produkt, który towarzyszy mi od wielu lat. Nie wyobrażam sobie, aby zabrakło go w mojej codziennej pielęgnacji. Wybierając płyn micelarny kieruję się przede wszystkim skutecznością, ceną i pojemnością. Przez te kilka lat przetestowałam płyny z różnych półek cenowych i doszłam do wniosku, że wcale nie są one od siebie tak znacząco różne. Przykładowo słynny różowy Garnier działa u mnie równie skutecznie jak płyn z Vichy czy Biodermy.  Niestety, w większości taniej znaczy gorzej i tak oto do kompletnie nie nadających się do zmywania makijażu produktów, które przyczyniły się do pogorszenia mojego stanu cery mogę zaliczyć. płyny Ziaji, AA czy BeBeauty. Do tańszych, ale bardzo skutecznych płynów zdecydowanie można zaliczyć płyn lipowy Sylveco czy płyn micelarny Bielenda expert nawilżający i kojący.  Od kilku miesięcy płyn micelarny stosuję jako 1 etap demakijażu twarzy. W związku z powyższym nie potrzebuję produktu za Bóg wie jakie pieniądze, bo i tak za chwilę resztki domyję olejkiem myjącym i mydłem. Nie oznacza to jednak, że płyn ma nie działać czy też pozostawiać na skórze resztki kosmetyków czy zabrudzeń, które zgromadziły się na twarzy w ciągu dnia. Jest to dla mnie istotne, z uwagi na fakt, iż na co dzień używam wodoodporny krem z filtrem 50 SPF, który jak wiecie, wymaga dokładnego zmywania.

Dziś chciałabym przedstawić Wam płyn, który odkryłam zupełnie przypadkiem, a ostatecznie rozpoczynam jego 4 butelkę.  Producentem płynu micelarnego, dostępnego w sieci sklepów Lidl jest Orkla Care S.A, czyli właściciel takich marek jak: Soraya czy Dermika. Występuje on w dwóch wersjach o pojemności 200 ml: łagodzącej i nawilżającej.


Skład obu produktów jest identyczny, prócz jednego składnika, który decyduje o tym, iż producent nazwał swój płyn nawilżającym bądź łagodzącym. W wersji łagodzącej znajdziemy wodę różaną, natomiast nawilżającej ekstrakt z kwiatu hibiskusa. W sumie dziwię się, że opakowanie jest niebieskie, bo gdy myślę o hibiskusie, to od razu na myśl przychodzi mi pyszna, czerwona herbatka.

Cena obu płynów jest bardzo korzystna, bo za 200 ml płacimy jedynie 4,39 zł, czyli za duże, standardowe opakowanie zapłacilibyśmy 8,78 zł. To nadal taniej niż Garnier czy Bielenda będąc w promocji. Wydajność płynu z Lidla niczym nie odstaje od innych płynów micelarnych. Zużywam je w podobnym tempie czyli szybko. Dla mnie płyn micelarny to jednocześnie tonik jak i produkt do zmywania wierzchniej warstwy makijażu a także produkt do odświeżenia o poranku.

Skuteczność, czyli najważniejsza cecha dobrego płynu micelarnego. Po czym poznać, czy płyn dobrze domywa skórę? No cóż, u mnie wyznacznikiem jest ilość zużytych wacików oraz zdolność do zmywania makijażu oczu.  W tej kwestii oba płyny są bardzo dobre, aczkolwiek jeden i drugi powoduje, że oko jest przesuszone. Przez długi czas nie miałam niczego innego do zmywania oczu i ciągle zastanawiałam się, co powoduje taką nieznośną suchość. Ulgę poczułam dopiero w chwili, gdy zakupiłam dwufazówkę do oczu z Bielendy i wtedy zdałam sobie sprawę, że winny jest płyn.  Niemniej jednak do reszty twarzy oba okazały się skuteczne, jednakże na szczególne wyróżnienie zasługuje nawilżający płyn micelarny z ekstraktem z kwiatu hibiskusa. To on o dziwo, lepiej łagodził wszelkie zaczerwienienia. Poza tym są na prawdę identyczne, więc zasadniczo warto wypróbować zarówno jeden jak i drugi.


 Podsumowując, uważam, że to godny polecenia produkt do demakijażu skóry twarzy. Choć dobrze radzi sobie ze zmywaniem oczu, to mimo wszystko odradzałabym go w obawie przed ewentualnymi podrażnieniami. Jest tani jak barszcz, łatwo dostępny a w dodatku skuteczny. Zamiast wydawać krocie na płyny micelarne wolę zainwestować w dobre oleje myjące  czy kremy pielęgnacyjne. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób nie robi wieloetapowego demakijażu i wówczas płyn micelarny stanowi dla nich jedyne źródło oczyszczania. Wtedy dajcie znać, czy solo płyn spełnia Wasze oczekiwania, czy po prostu tylko mnie tak dobrze spasował? 

Pozdrawiam ciepło,
Justyna :* 

niedziela, 17 września 2017

Efekty picia drożdży - 3 tygodnie kuracji za mną

Pewnie każda z Was słyszała o kuracji drożdżowej. W skrócie polega ona na codziennym piciu określonej ilości świeżych bądź sproszkowanych drożdży instant w postaci napoju zaparzanego wrzątkiem. To bogate źródło witamin z grupy B, minerałów i aminokwasów. Choć napój trudno nazwać smacznym, to wiele kobiet wykorzystuje ich właściwości w celu poprawy stanu skóry,włosów i paznokci. Ja również podjęłam rękawice. Próbowałam nie raz, ale aż 3 razy i dopiero za trzecim śmiało mogę powiedzieć, że piłam je regularnie. Pewnie gdyby nie mój chłopak, który także postanowił spróbować, to pewnie po 2 dniach dałabym sobie święty spokój. O kuracji drożdżowej przypomniałam sobie wraz z nadejściem jesieni. Chciałam kupić "jakiś" suplement diety i tak oto wpadłam na pomysł, że jest przecież tani i naturalny sposób na dostarczenie swojemu organizmowi niezbędnych substancji odżywczych.

 Zanim powzięłam decyzję, przeczytałam kilkanaście postów na ten temat. W szczególności polecam wpis Fair hair care oraz Kascysko. Schemat jaki obrałam to 3:1, czyli 3 tygodnie picia, tydzień przerwy. Jestem właśnie po 1 etapie (a mam zamiar przeprowadzić takie 3) i chciałabym Wam opowiedzieć, jak to wygląda, czy jest jakikolwiek efekt no i czy był słynny wysyp. 

Pierwszego dnia mój facet poszedł do sklepu i przyniósł 3 paczuszki po 100 g drożdży piekarskich. Biedny nie wiedział, że będziemy pić jedynie (a może aż?) 25g dziennie, zatem zrobił nam spory zapas. Już nie ma wymówki, że się kupić zapomniało. Postanowiliśmy, że napój będziemy spożywać wieczorem, tuż przed snem. Na początku napój pilismy ciepły... mój Boże.. co za świństwo. Nie mniej jednak na drugi dzień byliśmy już mądrzejsi i zaczekaliśmy aż ostygnie.

 

Efekty jakie zauważyłam po 3 tygodniach to: 


1. Mocne i zdrowe paznokcie. Zawsze miałam dość ładna płytkę, ale często się rozdwajała. Z tego powodu moje paznokcie zawsze są obcięte na krótko. W życiu nie udało mi się zapuścić tak długich i zdrowych paznokci jak w tym momencie. Nawet znajomi zaczęli zwracać na nie uwagę i pytać jak to zrobiłam.  Wiem, że może dla fanek długich, naturalnych bądź sztucznych paznokci to nadal są krótkie pazurki, aczkolwiek dla mnie bardzo długie paznokcie zaczynają się wtedy, gdy nie potrafię napisać smsa. W czasie mojej tygodniowej przerwy od picia drożdży żaden paznokieć ani się nie złamał, ani nie rozdwoił.

2. Nie było żadnych wysypów.  Jeden pryszcz na policzku spędzał mi sen z powiek przez kilka tygodni i za jego pojawienie się obwiniałabym raczej działanie retinoidów. Wszyscy straszyli kataklizmem na twarzy, a tu wychodzi na to, że mój organizm najwyraźniej to nie rusza. Żadnych nadzwyczajnych zmian w przetłuszczaniu  skóry ani pojawianiu się wyprysków. Czas pokaże, może po kolejnych 3 tygodniach nastąpi przełom.

3. Włosy jest mi najtrudniej ocenić. Ostatnio stwierdziłam, że już mam bardzo długie włosy i nawet nie wiem kiedy tak urosły.  Odrost nie okazał się tutaj pomocnikiem, ponieważ od paru miesięcy farbuje włosy henną, która notabene i tak nie pokrywa mi w identycznym odcieniu naturalnych włosów, więc nie wiem czy urosły 1 cm czy 10. Zatem przykro mi, ale póki co o zmianach na włosach nic nie mogę powiedzieć praktycznie nic, ale zobaczymy po kolejnych 3 tygodniach.

4. Zmniejszyła się chęć na podjadanie słodyczy. Ta zmiana cieszy mnie chyba najbardziej. Uwielbiam czekoladę i praktycznie nie ma dnia, żebym nie skusiła się choćby na małego, malutkiego batonika. Odkąd zaczęłam pić napój drożdżowy, jestem w stanie opanować te rządze, a czasem nawet kompletnie zapominam o istnieniu słodyczy. Idealnie :) 

5. Ogólna poprawa samopoczucia. Przez ten okres mniej narzekałam na złe samopoczucie, metabolizm nieco przyspieszył i wreszcie nie byłam taka przybita. Nie należę do osób, które codziennie pochłaniają odpowiednią dawkę warzyw i owoców, piję 3 kawy dziennie a w dodatku palę papierosy. Żeby było śmieszniej, staram się 3x w tygodniu robić cardio. Cała ta mieszanina nieco mnie osłabia, a picie drożdży daje mi pozytywnego kopa. Polecam wypróbować suplementację drożdżami choćby właśnie dla takich celów.



 Plany vs rzeczywistość...

Ten post piszę już dobre 2 tygodnie.  Teoretycznie kolejny etap picia drożdży powinnam zacząć w ubiegły poniedziałek. Nie udało się, bo w moim życiu pojawiły się poważne problemy i przykrości. Ale chyba tak to już jest, że ilekroć jest już dobrze, to tylko po to, żeby za chwilę było jeszcze gorzej. W ciągu tygodnia wypadło mi mnóstwo włosów, jeden z paznokci złamał mi się przy samej podstawie, co było niezwykle bolesne a w dodatku skutkowało tym, że musiałam obciąć wszystkie. O skórze nawet nie wspominam, bo przy takiej ilości stresów i wysuszających retinoidów przez pewien czas wyglądałam jak jaszczurka, co nieomieszkało mi wypomnieć wiele osób pt. " ale Ci skóra schodzi, a co tam masz taką skórę?? "etc. Pani Dermatolog oprócz kolejnej buteleczki Atredermu przepisała mi cynk w formie leku na receptę, więc póki co drożdży pić nie będę, bo to nie miałoby sensu. Przez najbliższe 3 miesiące wypróbuję, czy cynk działa, ale tuż po jego odstawieniu od razu wrócę do drożdży, bo naprawdę  dobrze się po nich czułam i jest to zdecydowanie najtańszy i jeden z najskuteczniejszych domowych suplementów na piękną skórę, włosy i paznokcie.


Dajcie znać, czy kiedykolwiek próbowałyście tej kuracji i jakie przyniosła rezultaty?

wtorek, 5 września 2017

To nie książka - to biblia. Genialny poradnik Marty Klowan pt. "Eliksiry, pomady i inne zaklęcia.Włos doskonały"

Nie wiem jak Wy, ale  ja uwielbiam czytać współczesne poradniki. Najchętniej sięgam po te, które dotyczą rozwoju osobistego, minimalizmu oraz pielęgnacji. Nie ukrywam, że czytałam lepsze jak i gorsze. Niestety wiele z nich jest tak ogólna, że nie wiem jakim trzeba być zielonym, aby o tego typu sprawach nie wiedzieć. Dzisiejszy post chciałabym poświęcić pieśni pochwalnej dla poradnika innego niż wszystkie. Nie obrażając innych włosomaniaczek, które wydały podobne publikacje, uważam, że wiele z nich nie jest nawet w 50% tak dobra jak ta. To szeroko rozumiane kompendium wiedzy na temat pielęgnacji włosów i skóry głowy pozwoliło mi nabyć nową wiedzę w zakresie moich włosów, uporządkować dotychczasową a także w znacznym stopniu ułatwiło mi podejmowanie decyzji pielęgnacyjnych. Zapraszam do dalszego czytania.


 
 
KIM JEST MARTA KLOWAN?

Marta Klowan od lat znana jest w świecie blogerskim, a to głównie za sprawą genialnego bloga fryzjersiego http://kokardka-mysi.blogspot.com/ . Tymczasem ta Pani to nikt inny jak fryzjer i trycholog z powołaniem, który od lat dba o piękne włosy kobiet. Na blogu od dawna obserwowałam metamorfozy z pozoru beznadziejnych przypadków i byłam pod niemałym wrażeniem, co ta kobieta wyczynia. Wówczas powiedziałam sobie, że jeżeli kiedykolwiek ukaże się jej książka, to po prostu muszę ją mieć. I tak też się stało. Nie ukrywam, że wydanie 50 zł na kolejny poradnik, wcale mnie nie zachęcało, więc gdy tylko zobaczyłam tę książkę w Biedronce za 24,90 zł nie zastanawiałam się ani minutę.
Wracając do tematu beznadziejnych poradników, nie chcę wymieniać z nazwy tych, które mocno mnie rozczarowały, aczkolwiek dopiero mając porównanie widzę, dlaczego po przeczytaniu poprzednich właściwie nic się u mnie nie zmieniło. Aby osiągnąć wymarzoną fryzurę nie wystarczy kupić szampon bez SLES, odżywkę emolientową, proteinową i humektantową. Trzeba po prostu choinka wiedzieć, jak to w ogóle zastosować. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie typowej ceromaniaczki a nie włosomaniaczki, znalezienie takiej kompletnej odpowiedzi na wszelkie wątpliwości, nie da odnaleźć się na blogach. Ile to już razy próbowałam wertować starsze posty koleżanek na próżno doszukując się recepty na moje bolączki. Nie twierdzę, że są one bezużyteczne, wręcz przeciwnie, ale dla takich osób jak ja, czyli bardzo początkujących (ale świadomych o czym ta kobieta mówi) powinno to wszystko znajdować się w jednym miejscu i to z możliwością szybkiego powrotu do danego zagadnienia.




CO JEST W TYM PORADNIKU, CZEGO NIE MA W INNYCH?

Są przede wszystkim nietypowe podziały. Dokładnie opisane grupy i podgrupy włosów pozwalają na dokładniejszą identyfikację potrzeb pielęgnacyjnych włosa. Co więcej, przy każdej z nich p. Marta opisuje także co dzieje się z takim włosem, gdy jest nieumiejętnie pielęgnowany. W ten sposób można w zasadzie przyporządkować się na zasadzie odwrotności. Przykład: całe życie powtarzałam, że moje włosy są grube. Z drugiej strony byłam zdziwiona, dlaczego najlepiej sprawdzają się u mnie drogeryjne odżywki z napisem "włosy cienkie". Po przeczytaniu tej książki zaczęłam zwracać większą uwagę na włosy innych. Moja koleżanka z pracy, która ma długie włosy, choć ma ich tyle na głowie co kot napłakał, często je gubi (wrr..). Przy sprzątaniu zauważyłam, że są one strasznie grube! Ja nigdy nie miałam takich grubych, wyrazistych kosmyków a przecież mam 3x tyle co ona, zatem jak to możliwe? Otóż w tej książce napisano, że mamy 3 rodzaje włosa cienki, średni i gruby. Często dzieje się tak, że na tej samej powierzchni, włosów grubych mieści się znacznie mniej niż włosów cienkich, a zatem duża ilość cienkich lub średnio grubych włosów = gęste włosy, mało grubych = rzadkie.




DLACZEGO JESZCZE MI SIĘ PODOBA?

Druga sprawa to czystość i przejrzystość tego "podręcznika". Jest niesamowicie czytelny i dużą łatwością można odnaleźć frapujące nas zagadnienie, nawet bez czytania poprzednich rozdziałów. Tym sposobem ciągle wracam do wątków, które szczególnie mnie interesują bądź sprawdzam, czy aby na pewno postępuję właściwie. Dużym plusem jest brak bezużytecznych obrazków. Czasem poradnik dla kobiet wygląda jak książeczka dla dzieci, co ostatecznie zachęca mnie tylko do oglądania zamiast czytania. Inną zaletą tej książki jest język, jakim została napisana. Pani Marta posiada wykształcenie filologiczne, także nie ma mowy o pseudonaukowym bełkocie czy błędach językowych. Podsumowując, jest to zdecydowanie jest to pozycja, po którą warto sięgnąć!



Kto czytał, ręka do góry!:) 
Pozdrawiam,
J.

sobota, 26 sierpnia 2017

Olej z pachnotki - mało znany sprzymierzeniec cery tłustej, mieszanej i trądzikowej

Jakiś czas temu odkryłam takie pojęcie jak oleje schnące i muszę przyznać, że jestem nimi wprost oczarowana. Wreszcie jakieś oleje wykazują dobroczynne działanie na mojej problematycznej skórze. Nie tak dawno pisałam Wam o oleju z pestek śliwki <klik>. Ten genialny olej towarzyszył mi przez całe wakacje, a z reszty, która mi pozostała wykonałam hydrofilowy olejek myjący z SLP. Dziś chciałabym napisać kilka słów na temat innego, jeszcze lepszego a w dodatku tańszego oleju - mowa o oleju Perilla, czyli po prostu oleju z pachnotki.

Olej z pachnotki zwyczajnej pozyskiwany jest z jej owoców nazywanych rozłupkami. Sama roślinka hodowana jest na obszarze południowej Azji. Olej pozyskiwany z owoców pachnotki zawiera duże stężenie kwasów ALA i LA, flawonoidy, antycyjny oraz związki fenolowe tj. kwas rozmarynowy. Dzięki temu olejek perilla wykazuje działanie przeciwutleniające, przeciwzapalne oraz przeciwbakteryjne. Co więcej, udowodniono, że olejek z pachnotki działa hamująco na rozwój bakterii wywołującej trądzik - Propionibacterium acnes. Ważne - olej ten nie jest odporny na temperaturę, a zatem należy przechowywać go w lodówce.

DZIAŁANIE OLEJU Z PACHNOTKI:
  • przyśpiesza gojenie ran, oparzeń, odmrożeń. 
  • hamuje zmiany zwyrodnieniowe i rogowacenie gruczołów łojowych,
  • zapobiega zaczopowaniu ujść gruczołów łojowych,
  • wspomaga wytwarzanie kolagenu i elastyny,
  • zwalcza zaburzenia w metabolizmie tłuszczów spowodowane brakiem niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych.
 

Olej z pachnotki najczęściej stosuję na twarz.  Codziennie rano po dokładnym oczyszczeniu twarzy nakładam kropelkę oleju perilla w połączeniu z kwasem hialuronowym. Chwilę czekam a następnie aplikuję podkład mineralny. O dziwo, nic się nie waży, nie rozmazuje, a w ciągu dnia nie powstaje "efekt ciasta". Być może wynika to z faktu, że serum hialuronowe, które aktualnie stosuję nie jest w 100% czyste ( zawiera glicerynę), aczkolwiek bardzo dobre! W efekcie skóra jest dobrze nawilżona, odżywiona a podkład leży jak ulał przez wiele godzin. Warto docenić w nim to, że jednocześnie dobrze nawilża jak i zmniejsza stany zapalne skóry.
 
Wieczorem po dokładnym demakijażu, także stosuję tę samą mieszankę. Odbywa się to w te dni, kiedy mam przerwę od Atrederm. Od niedawna znowu stosuję retinoidy, także regeneracja skóry jest mi potrzebna bardziej niż zwykle. Nie ukrywam, że Atrederm totalnie nokautuje moją skórę już po 4 zastosowaniach (złuszczanie maksymalne), więc ta miesznka jest nieco za lekka, ale i tak nie mam zamiaru ryzykować niczym cięższym.

Drugim ulubionym zastosowaniem oleju z pachnotki jest dodanie go do maseczki glinkowej. Wówczas maska jest delikatniejsza i nie przesusza skóry. Myślę, że to dobry pomysł, aby wzbogacić formułę maseczki a także ułatwić sobie aplikację :) 
 
Trzecim, o dziwo, niespodziewanym przeze mnie zastosowaniem jest...olejowanie włosów. Olej z pachnotki świetnie pasuje do moich średnioporowatych włosów. Dolewam go do maski, odżywki, olejuję na sucho, a także tworzę tzw." rosołek" i spryskuję nim włosy przed myciem. No genialny!
 
 
Podsumowując, z całego serca polecam wypróbować olej z pachnotki. Już dawno dałam sobie spokój z popularnymi olejami typu jojoba, arganowy, makadamia etc. To wszystko nie jest dla mnie i muszę się z tym pogodzić. Warto czasem zamówić sobie kilka małych, mało znanych olejów z dowolnego sklepu z półproduktami i w ten sposób znaleźć swój ulubiony. Mój pochodzi ze sklepu Zrób Sobie Krem  i za 30 ml zapłaciłam 7,89 zł. Swoją drogą, polecam przeczytać powyższą książkę pt. "Eliksiry, pomady i inne zaklęcia. Włos doskonały." naszej blogowej koleżanki. Uprzedzam - to nie książka, to po prostu biblia! To tak jakby w jednej książce znaleźć wszystkie blogi dotyczące pielęgnacji włosów. Może zabrzmi to nieprzyjemnie, ale czytałam książki innych włosomaniaczek i przy tej to one nawet nie stały. Genialna, profesjonalna, taka, której nie dasz rady przeczytać w jeden dzień a nawet tydzień.
 
Pozdrawiam ciepło, 
J. ;* 

środa, 2 sierpnia 2017

Olej z pestek śliwki - lekki olej, który na pewno pokochasz.

Czyste oleje naturalne ostatnimi laty zyskały na popularności. Pamiętam jeszcze te czasy, gdy taki produkt można było kupić jedynie w sklepach z półproduktami. W tej chwili większość drogerii oferuje wiele czystych, choć znacznie droższych olei naturalnych. Czasami zdarza mi się kupić właśnie taki olej w ładnym, praktycznym opakowaniu. Zazwyczaj jednak staram się nie przepłacać. Dziś chciałbym przedstawić Wam olejek, który kupiłam przypadkiem miesiąc temu i naprawdę -  skradł moje serce. Dlaczego? 


Olej z pestek śliwki to przede wszystkim bogactwo witaminy E, a zatem wykazuje on silne działanie antyoksydacyjne. W odróżnieniu od pozostałych olejów naturalnych świetnie się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy.  Posiada charakterystyczny zapach gorzkich migdałów i marcepanu, który osobiście bardzo mi odpowiada. Zapach ten jest lekki i nie męczy nosa. Niewątpliwie oprócz doskonałej wchłanialności, zaleoleju z pestek śliwki jest jego bezpieczeństwo w stosunku do cery trądzikowej, tłustej czy mieszanej. Bardzo często nawet najlepszej jakości olej z awokado, olej arganowy czy inny bardziej popularny produkt potrafi zrobić krzywdę osobom ze skłonnością do zapychania. Tymczasem olej z pestek śliwki śmiało stosuję na dzień i na noc. 

  
Moim ulubionym zastosowaniem oleju z pestek śliwki jest wklepywanie go w skórę w połączeniu z żelem aloesowym Holika Holika.  Na dzień świetnie współpracuje z podkładem mineralnym, dodatkowo ograniczając wydzielanie sebum oraz utrzymując odpowiedni poziom nawilżenia przez cały dzień. Skóra pod nim nie "dusi się" ani żaden kolorowy produkt nie ulega zważeniu. Często aplikuję go także nocą na zmianę z olejem z pachnotki. Efekt to przede wszystkim odpowiednie nawilżenie, odżywienie i poprawa ogólnego kolorytu skóry. Nie zauważyłam, aby ten olej w jakiś sposób wpłynął na istniejące zmiany skórne, choć w tym okresie jest ich i tak zdecydowanie mniej.


Podsumowując, olej z pestek śliwki to obok oleju z orzechów laskowych i wyżej wymienionego żelu aloesowego jest moim największym odkryciem minionego miesiąca. Polecam wypróbowanie tego oleju zwłaszcza osobom, które nie cierpią olejowania twarzy ze względu na zapychanie i nieprzyjemne odczucie tłustości. Ten produkt kompletnie przeczy dotychczasowym doświadczeniom. Moja buteleczka to olej marki Nature Queen, za który stacjonarnie zapłaciłam 24 zł / 30 ml. To trochę drogo, więc jeśli nie jesteście pewne, czy olej się u Was sprawdzi polecam skorzystać ze sklepu Zrób Sobie Krem. Tam za 30 ml oleju zapłacicie 15 zł

wtorek, 25 lipca 2017

4 proste hydrofilowe olejki myjące z glyceryl cocate - uwagi ogólne.

Po raz kolejny okazało się, że zmywanie twarzy olejami to jedyna droga do zdrowej i czystej skóry. Niestety znowu udało mi się wytrzymać tylko miesiąc, wykonując regularne OCM. Zabawa w nakładanie ciepłej ściereczki i ciągłe ich pranie okazało się zbyt trudne. Nie chciałam jednak zupełnie rezygnować z tej metody i pomyślałam, że może warto powrócić do olejków myjących. Dawno temu miałam taki produkt z e-naturalne i pomimo zadowolenia nie kupiłam go ponownie. Dlaczego? Teraz myślę, że głównie ze względu na cenę. Wydanie 15 - 20 zł za 100 ml buteleczkę to wysoka cena w perspektywie braku możliwości kombinowania w składzie. Wydajesz 20 zł i musisz zdecydować się na konkretny, gotowy produkt. Kupując sam emulgator to ja decyduję, jaki dzisiaj chcę mieć olejek myjący. Tym oto sposobem do tej pory wypróbowałam 4 wersje domowego olejku myjącego. I wiecie co? Jakby ktoś po raz pierwszy polecił mi olejek myjący na 2 nieudanych zestawach, które zaraz przedstawię, to powiedziałabym mu, że to nie działa i że nigdy więcej tego nie kupię. Jak widać, po prostu trzeba próbować, szukać dla siebie najlepszego rozwiązania, zamiast od razu skreślać dany produkt.


Podsumowując, przepis jest prosty: 90% oleju bazowego 10% emulgatora. W bardziej skomplikowanych recepturach proporcje będą inne, ponieważ może zechcecie mieć 2 a nie jeden olej albo dodać witaminę E lub olejek eteryczny. Tymczasem ja będę mówiła o najbardziej podstawowych przepisach, których wykonanie zajmuje 5 minut.

Olej bazowy: w moich olejkach myjących wystąpiła odpowiednio oliwa z oliwek, olej awokado, olej z orzechów laskowych oraz  olejek z pestek moreli Alterra.

Emulgator: za emulgator posłużył klasyczny Glyceryl Cocoate, czyli emolient otrzymywany z oleju kokosowego i gliceryny. Kosztuje nie więcej niż 6 zł w każdym sklepie z półproduktami.


ZESTAW 1 ULTRAPROSTY - NIEUDANY


Na pierwszy ogień poszło to, co aktualnie miałam w kuchni, czyli oliwa z oliwek. To nie było najlepsze zestawienie. Sam emulgator ma gęstą, klejącą konsystencję a oliwa z oliwek wcale nie jest od niego "lepsza". W efekcie zmywanie buzi takim zestawem okazała się nie lada wyzwaniem. Po wstrząśnięciu buteleczki i zaaplikowaniu na wilgotną twarz, tworzyła się na niej ciężka warstwa okluzyjna, która pomimo konsystencji emulsji, nie pozwalała odczuć żadnej czystości ani tym bardziej świeżości. Nawet po dokładnym umyciu twarzy wodą, ciągle wydawało mi się, że coś na niej "siedzi". I nie myliłam się, bo w krótkim czasie zaczęły dokuczać mi zaskórniki, które od 2 miesięcy praktycznie dały mi święty spokój. Cóż, jest to olej z kategorii nieschnących, więc można było się tego spodziewać, że dla cery skłonnej do trądziku nie jest to idealne rozwiązanie.

ZESTAW II NAWILŻENIE SKÓRY SUCHEJ,WRAŻLIWEJ, STARZEJĄCEJ SIĘ - TROCHĘ NIEUDANY

Pomyślicie, że skoro kolejny olejek myjący okazał się klapą, to po co w ogóle to robiłam. Tak się składa, że te formulacje wychodziły mi raz dobrze raz źle na zmianę, ale w ramach systematyzacji na blogu postanowiłam po kolei przedstawić je od najgorszych do najlepszych. Olej awokado jest jedynym z lepszych olejów jakie stosowałam w pielęgnacji ciała, włosów a czasem twarzy. Ma on bardzo dobre właściwości zmiękczające, wygładzające i regenerujące. Pomyślałam zatem, że równie dobrze sprawdzi się w olejku do mycia twarzy, zwłaszcza, że wykazuje działanie lekko emulgujące, a zatem świetnie powinien domywać resztki makijażu i nie sprawiać żadnych problemów ze zmywaniem. I rzeczywiście, nie ma co narzekać, bo zmywało się go łatwo i przyjemnie, ale to nie tego trzeba mojej cerze. Dla niej to zdecydowanie za dużo, za bogato. Na ogromny plus mogę natomiast powiedzieć, że po jego użyciu skóra miała ładny koloryt, jakby wszelkie zaczerwienienia zostały ukojone. Może gdybym nie robiła wcześniej jeszcze lepszego olejku, który w 100% spełnia moje potrzeby, to powiedziałabym, że to całkiem dobry olej do tworzenia olejku myjącego do cery zanieczyszczonej, ale niestety tak nie jest. Pewnie sprawdziłby się wśród osób z cerą normalną lub suchą.


ZESTAW III NA BAZIE OLEJKU DO WŁOSÓW ALTERRA - CUDO

Zestaw 3 tak naprawdę powinien być zestawem 4, bo to właśnie ten olejek aktualnie stosuję od dłuższego czasu. Gdy pokończyły mi się już wszystkie dostępne oleje, które mogłam wykorzystać do mycia, postanowiłam zaryzykować i wykorzystać nieużywany przeze mnie olejek do włosów od Alterra, który ma bardzo przyzwoity skład. Zawiera m.in. olej sojowy, olej sezamowy, olej arganowy, olej słonecznikowy, olej migdałowy, olej z pestek moreli i olej z awokado. Cały ten mix olejów w połączeniu z moim emulgatorem dał bardzo dobrą, rzadką konsystencję, którą użytkuję z przyjemnością. Nie zapycha mnie ani nie uczula. Co więcej jest zdecydowanie bardziej wydajny niż oleje, które używam solo. No i o czym warto wspomnieć - buteleczka 50 ml olejku na promocji w Rossmanie kosztuje 9,99 zł ! ;-) Polecam do wypróbowania go właśnie w takiej alternatywie, jeśli również nie zachwycił Waszych włosów.

ZESTAW IV  OLEJEK MYJĄCY NA BAZIE OLEJU Z ORZECHÓW LASKOWYCH - BOMBA

I to jest właśnie strzał w dziesiątkę. Olej z orzechów laskowych to produkt genialny. Ma lekką konsystencję, przyjemny, delikatny zapach i przede wszystkim nie obciąża skóry skłonnej do zanieczyszczeń. Sprawdza się zarówno w produktach myjących jak i ogólnej pielęgnacji twarzy. Dzięki wysokiej zawartości witaminy E, w mojej kompozycji nie musiałam dodawać żadnych przeciwutleniaczy. Jakże żałowałam, że zamówiłam sobie tylko 30 g buteleczkę ( 8,90 zł !!) Przy następnym zamówieniu zdecyduję się  na dużą butelkę.

I to już wszystkie hydrofilowe olejki myjące, które do tej pory zrobiłam sobie w domu. Znalezienie właściwej konsystencji wymagało kilku prób, ale ostatecznie udało mi się znaleźć coś dla siebie. Dzięki tej metodzie nie muszę już bawić się w ciepłe szmatki na buzi a i tak skóra jest czysta i dobrze domyta. W przyszłości myślę także o olejku myjącym na bazie oleju śliwkowego, w którym wprost się zakochałam. W połączeniu z koreańskim żelem aloesowym działa cuda.

PS. Właśnie doszło do mnie zamówienie ze ZSK, w którym to zakupiłam zapas oleju z orzechów laskowych oraz zdecydowałam się na wypróbowanie lubianego przez wiele z Was oleju z pachnotki. Dodatkowo do koszyka dorzuciłam inny, znany emulgator SLP , aby zrobić sobie porównanie.

 
Dajcie znać, co myślicie o takiej metodzie demakijażu. Ktoś się skusi ;)?

poniedziałek, 17 lipca 2017

Która lepsza, henna Khadi czy henna Swati? | Porównanie dwóch naturalnych ziołowych farb do włosów.

Jakiś czas temu podjęłam decyzję, że czas pożegnać się z chemicznymi farbami do włosów. Naturalna pielęgnacja stała się u mnie czymś tak oczywistym, że aż sama byłam zdziwiona, że jeszcze do nie tak dawna farbowałam włosy tym, co stało na drogeryjnej półce. Innym argumentem, który być może jeszcze bardziej przekonał mnie to zmiany postępowania to katastrofalne zniszczenia, które skutecznie uniemożliwiały mi zapuszczenie włosów. Jako że od lat farbowałam włosy na rudo, naturalna henna nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Czerwienie, miedzie i  mahonie to dla mnie chleb powszedni. Nie chciałam rozpoczynać swojej przygody z henną od słabej jakości produktu ( ELD próbowałam jeszcze za czasów szkolnych - porażka), zatem od razu sięgnęłam po popularną farbę ziołową Khadi w kolorze RED ( naturalna).  Jako że jestem dociekliwa, przy kolejnym farbowaniu nie omieszkałam wypróbować innej,  trochę mniej popularnej, henny marki Swati. Różnica między tymi produktami na pierwszy rzut oka jest taka, że opakowanie  Khadi zawiera 100 g produktu, a co za tym idzie wystarcza mi tylko na 1 raz, natomiast puszka Swati 150 g już na dwa. Te 50g więcej stanowi ogromną różnicę, ponieważ dzięki temu kupując 1 puszkę mam zapas na następne farbowanie. Kontynuując ten ekonomiczny wywód, za Khadi i Swati zapłaciłam tyle samo, z tą różnicą, że ten drugi miałam na 2 razy.


WYBIERAM HENNĘ SWATI - DLACZEGO?


1) wydajność ( 150 g opakowanie + urocza puszka)
2) tuż po farbowaniu praktycznie nie występuje przesuszenie, a po Khadi włosy jeszcze długo skrzypiały
3) cena ( 32 zł bez przesyłki to bardzo atrakcyjna cena)
4) bardzo ładny, głęboki kolor, który długo utrzymuje się na włosach(  tutaj akurat nie ma co porównywać, efekt równie dobry, obie polecam) 
5) delikatniejszy zapach ( nie wiem od czego to zależy, ale włosy po Khadi jeszcze długo, długo pachniały "trawami", natomiast w przypadku Swati zapach dość szybko się ulotnił.)

Podsumowując, zostałam miło zaskoczona, bo w całej sieci można znaleźć mnóstwo pochwalnych opinii na temat henny Khadi a o Swati udało mi się znaleźć zaledwie kilka postów. Okazuje się, że tańsza wersja sprawdziła się u mnie lepiej, a w dodatku pozwoliła zaoszczędzić pieniądze. W planach miałam jeszcze wypróbowanie henny z Orientany, ale jakoś z pola widzenia zniknęła naturalna wersja albo chociaż czerwona. Ktoś coś wie na ten temat?

Pozdrawiam,
J.:*