poniedziałek, 16 października 2017

Hit i kity ostatnich miesięcy - pielęgnacja i makijaż twarzy.

Mam kilka ulubionych kosmetyków, które kupuję od lat. Należą do nich m.in podkład mineralny Annabelle Minerals oraz eyeliner Eveline Celebrity. To pewniaki, nad którymi w ogóle nie muszę się zastanawiać. Natomiast jeśli chodzi o pielęgnację, to nadal nie znalazłam "tego jedynego" kosmetyku, który spełniałby moje oczekiwania. Jednakże w ciągu ostatnich kilku miesięcy wypróbowałam kilka produktów, które okazały się rewelacyjne bądź totalnie do niczego. Oto niektóre z nich.


Korektor rozświetlający  Catrice Re -Touch  Light - Reflecting - najgorszy korektor jaki kiedykolwiek miałam. W dodatku jest to to produkt rozświetlający pod oczy, a jego konsystencja przypomina zgęstniały beton. Kompletnie nie nadaje się pod oczy tworząc nieestetyczne zmarszczki. Kupiłam przypadkiem, bo nie było mojego ulubionego Liquid Camouflage. Użyłam 3 - 4 razy na różne sposoby i za każdym razem to samo. Od razu poleciałam do Natury kupić nowe opakowanie sprawdzonego ulubieńca.  Mimo wszystko było mi żal wydanych 18 zł na takiego bubla i zastanawiałam się jak go tu inaczej wykorzystać. Żeby było śmieszniej, ten korektor w ogóle nie rozświetla. Okazało się za to, że doskonale przykrywa niedoskonałości i przebarwienia, więc odtąd jest moim kamuflażem do twarzy. Bardzo przypomina słynny Dermacol.

Nawilżający krem termalny do skóry wrażliwej, normalnej i mieszanej La Roche Posay Hydreane Legre - to krem, który prawdopodobnie zostanie ze mną dłużej niż mi się wydaje. Ma lekką konsystencją, która znakomicie współpracuje z podkładem mineralnym i filtrem UV. Pełną recenzję napisałam tutaj i uwaga, jest też opakowanie dla Was, wystarczy, że weźmiecie udział w moim rozdaniu <TUTAJ>


Serum wyciszające do skóry wrażliwej Vis Plantis - od początku nie podobała mi się konsystencja tego produktu, ale postanowiłam dać mu szansę. Dla mnie serum to lekki żel, olejek bądź krem, który umożliwia nałożenie następnego produktu pielęgnacyjnego. Niestety to serum ma postać gęstego masła, które ostatecznie nie robi nic. Nakładam go wieczorem, w dniach gdy moja skóra było mocno zaczerwieniona i odwodniona. Rano skóra wcale nie wyglądała lepiej. Znacznie lepsze efekty przynosi sam krem z LRP, o którym pisałam wyżej. Dodatkowo tłusta konsystencja przetłuszczała mi świeżo umyte włosy. Od razu leci do mojej mamy, może na jej skórze 50 + chociaż ją natłuści. Główne składniki tego serum to ekstrakt z ziaren owsa, masło shea, olej arganowy, mocznik i gliceryna.

Ultralekki fluid SPF 50+ La Roche Posay Anthelios XL - ostatnio wymieniałam się z Basią komentarzami na temat tego produktu. Jak dla mnie, jest to najlepszy krem z filtrem, jaki dotąd stosowałam. Ma  lekką, wodnistą konsystencję, która na początku daje efekt lepkiej, błyszczącej twarzy, ale już po kilku minutach wchłania się niemal do matu. Bez obaw można na niego nałożyć krem nawilżający a później podkład. Nie roluje się, nie bieli a co najważniejsze - dobrze chroni. Jest drogi, bo ponad 60 zł to jednak niemałe pieniądze, ale dla tego komfortu naprawdę warto. W przyszłości mam zamiar wypróbować polecany przez Basię żel - krem matujący 50 SPF LRP.


Skoncentrowane serum pod oczy Sotalie - ten produkt zaskoczył mnie najbardziej.  Obietnice producenta są wręcz kosmiczne m.in natychmiastowe wygładzenie  głębokich zmarszczek, redukcja "kurzych łapek", redukcja opuchnięć etc. Na spotkaniu blogerek Monika z Endorphine opowiadała, jak to udowadnia klientkom, że to serum naprawdę działa. Smaruje okolice tylko jednego oka i po 2 minutach daje Pani lusterko do ręki. Dodała, że najlepiej jest je stosować na jakiś krem, bo jest naprawdę mocne. Tak też uczyniłam i za każdym razem przed aplikacją serum dozuję sobie standardowy krem pod oczy. Powiem Wam, że jestem w szoku... Gdy wstaję wcześnie rano moje oczy są zasinione i opuchnięte. Wówczas najlepiej byłoby sięgnąć do lodówki i na kilka minut założyć chłodzący kompres, ale kto ma to czas? Zamiast tego aplikuję pod krem to serum i po kilku minutach wyglądam jak nowonarodzona. Nie mam głębokich zmarszczek, bo mam zaledwie 24 lata, ale z częstego uśmiechania się czy stosowania retinoidów nierzadko dosięga mnie efekt staruszki. To serum totalnie wygładza wszelkie nierówności, niweluje opuchnięcia a przy tym ma postać przezroczystego żelu, który idealnie współpracuje z korektorem pod oczy ( no może prócz tego korektora z Catrice, o którym pisałam wyżej, bo z nim nic nie współpracuje). Pierwsze co pomyślałam, to że musi być cholernie drogie. Poszperałam w Internetach i okazało się, że to serum kosztuje ok. 28 zł ! Na szczęście mam blisko do drogerii Endorphine, więc nie muszę się martwić, gdzie je kupię, gdy 10 ml opakowanie dobije dna.


I to by było na tyle Kochani. Dajcie znać co Was ostatnio rozczarowało bądź szczególnie zachwyciło?

czwartek, 12 października 2017

Seria Mincer Vita C Infusion - rozświetaljący krem pod oczy i nawilżająca mikrodermabrazja moim okiem


 Co rusz na Waszych blogach czytam recenzje produktów z serii Vita C infusion. Najczęściej recenzujecie olejkowe serum z witaminą C oraz kremy na dzień i na noc.  Pomyślałam, że to dobry moment, aby dorzucić swoje 3 grosze. Krem pod oczy kupiłam za namową pani z Endorphine, która strasznie zachwycała się efektem rozświetlenia, jakie daje owy krem. Chwilę później, na spotkaniu blogerek w Katowicach dostałyśmy nawilżający peeling - mikrodermabrazja. W związku z powyższym, do tej pory przetestowałam 2 z 9 produktów z serii Vita C infusion.  Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii, zapraszam dalej.

Rozświetlający krem pod oczy Vita C to delikatne masełko o wyrazistym, cytrusowym zapachu. Aplikacja jest prosta i higieniczna za sprawą opakowania zakończonego dziubkiem. Na pochwałę  zdecydowanie zasługuje szybkość wchłaniania. Nie ważne, czy zaaplikujemy jedną kropkę czy 4 i tak po kilku sekundach skóra pod oczami wchłania cały kosmetyk, jednocześnie pozostawiając uczucie komfortu. Zatem jeśli chodzi o praktyczne podejście do tego produktu, to jak najbardziej zasługuje na 5, ponieważ nie uczulił mnie, idealnie współpracuje z korektorem i szybko się wchłania

SkładAqua/Water, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Isostearyl Isostearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Ricinus Communis Seed Oil, Hydrogenated Castor Oil, Copernicia Cerifera Cera, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Synthetic Fluorphlogopite, Titanium Dioxide, Tin Oxide, Dimethicone, Mangifera Indica Seed Butter, Pentaerythrityl Distearate, Triethyl Citrate, Caprylyl Glycol, Benzoic Acid, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Lecithin, Propylene Glycol, Hydrogenated Vegetable Glycerides Citrate, Hippophae Rhamnoides Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Propanediol, Myrciaria Dubia Fruit Extract, Urea, Sodium Polyacrylate, Disodium EDTA, Allantoin, Panthenol, Citrus Limon Peel Oil, Citral, Limonene, Linalool, Parfum, Benzyl Salicylate.


Oprócz wygody stosowania kremu pod oczy istotne jest dla mnie działanie. Cieszę się, że producent zaznaczył na opakowaniu, iż krem polecany jest tylko do stosowania na dzień. W ten sposób oszczędzimy sobie złudnych nadziei, że sprawdzi się także wieczorem. Istotnie, krem rozświetla skórę wokół oczu, ale nie ma takiej mocy, aby niwelować cienie pod oczami. Faktycznie, jest lepiej nawilżona i wygląda na bardziej wypoczętą, ale to nie oznacza, że obejdzie się bez korektora. Podsumowując, jest to produkt godny uwagi, który świetnie współpracuje z makijażem. Jak za 17 złotych to wręcz znakomity porównując do innych kosmetyków w tej półce cenowej.

Nawilżająca mikrodermabrazja Vita C to kremowy peeling zawierający maleńkie, niewidoczne drobinki, które pod wpływem masażu stają się coraz bardziej odczuwalne. Jeśli masz cienką bądź podrażnioną skórę, to z pewnością je poczujesz. Podczas wykonywania masażu, przez chwilę odczuwam drobne szczypanie, które znika tuż po spłukaniu. Producent nie zaznaczył, czy peeling należy nakładać na suchą czy na mokrą skórę twarzy, więc robię jak mi akurat wygodnie.  Na pochwałę zasługuje wydajność tego produktu, ponieważ stosuję go minimum 2x w tygodniu, a tubkę 75 ml mam jakby całą. Jeśli chodzi o zmywanie, to problem pojawia się dopiero wtedy, gdy znacznie przesadzimy z ilością.

Skład: Aqua/Water, Aluminium Oxide, Caprylic/Capric Triglyceride, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Glycerin Sodium Polyacrylate, Urea, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Propanediol, Myrciaria Dubia Fruit Extract, Hippophae Rhamnoides Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Lecithin, Propylene Glycol, Hydrogenated Vegetable Glycerides Citrate, Panthenol, Sodium Hyaluronate, Lactic Acid, Disodium EDTA, Citrus Limon Peel Oil, Citral, Limonene, Linalool, Parfum, Benzyl Salicylate.


Na temat działania tego peelingu mogę powiedzieć wiele. Po pierwsze, skutecznie usuwa on suche skórki,  powstałe w skutek  prowadzonego leczenia dermatologicznego. To nie są jakieś tam drobne skórki przy nosie, a całe płaty. W tej roli sprawdza się idealnie, ale już np. w przypadku płatków nosa nie odczuwam po nim takiego dogłębnego oczyszczenia jak przy peelingu Bielendy efekt diamentowej mikrodermabrazji.  Nie oszukujmy się, peeling gruboziarnisty to zupełnie inna formuła niż peeling kremowy i zdecydowanie bardziej agresywna. Dodatkowy pozytywny efekt, który zaobserwowałam to uczucie odświeżenia, dotlenienia i rozświetlenia. Skóra po jego użyciu jest idealnie czysta i nie ma na sobie żadnej warstwy okluzyjnej, której notabene nie znoszę.  Podsumowując,  jest to całkiem niezły produkt i przynosi pożądany efekt, ale nie mogę go z czystym sumieniem nazwać ulubionym. Cena peelingu to ok. 29 zł .

Co myślę o serii Mincer Vita C Infusion? Jak na drogeryjne produkty, to naprawdę ciekawe kosmetyki. Nie jestem powalona na kolana, ale  z pewnością zadowolona. Z obu produktów szczególnie polecam wypróbować krem pod oczy, bo ładnie rozświetla i nie uczula. Następnym razem skuszę się na wychwalane przez Was serum z witaminą C. 

Pozdrawiam,
J. :* 

piątek, 6 października 2017

Paul Mitchell Tea Tree Special - szampon i odżywka, które pokochasz.

Czy którakolwiek z Was zna markę Paul Mitchell? Jeśli nie, to nie przejmujcie się, bo ja do niedawna także nie wiedziałam o jej istnieniu, pomimo, że na rynku profesjonalnych kosmetyków do włosów funkcjonuje ona od ponad 30 lat! Z ciekawostek na temat firmy Paul Mitchell Systems warto zaznaczyć, że firma ta nigdy nie była i nie chce zostać częścią dużych korporacji w obawie przed złamaniem zasad jakie poprzysięgli sobie jej założyciele Paul Mitchell i Paul DeJoria. To dlatego tych produktów nigdy nie znajdziecie w obrocie detalicznym, a jedynie w sklepach internetowych czy dobrych salonach fryzjerskich. Zgodnie z filozofią firmy, produkcja kosmetyczna musi odbywać się w sposób bezpieczny dla środowiska naturalnego, z uwzględnieniem sprzeciwu wobec testowania kosmetyków na zwierzętach. Ponadto, wszystkie składniki botaniczne, z których wytarzane są produkty firmy Paul Mitchell pochodzą z własnych plantacji w Awapuhi na Północnym Wybrzeżu Hawajów.  To właśnie te argumenty przekonały mnie, że warto wypróbować ich produkty.  Na spotkaniu w Katowicach otrzymałyśmy serię z olejem z drzewa herbacianego, która od razu wzbudziła moją ciekawość. Poniżej znajdziecie moją opinię na temat szamponu i odżywki, które używam co bardzo, bardzo często.


Szampon Paul Mitchell Tea Tree to produkt oczyszczający, który jednocześnie odświeża i dodaje energii. Tuż po otwarciu do moich nozdrzy dociera ostry zapach olejku z drzewa herbacianego. Jest to niesamowicie relaksujący i ułatwiający oddychanie zapach.  Prócz wyżej wymienionego olejku w składzie znajdziemy także olejek z mięty pieprzowej i lawendy.  Uwaga, oprócz odświeżenia, ten szampon daje wyraźne uczucie chłodu, zatem nie radzę w sezonie jesień - zima stosować go poza obszarem skóry głowy. Raz zdarzyło mi się, że piana spłynęła mi na twarz i przez chwilę myślałam, że mam paraliż policzka haha. Dosłownie, jakby ktoś wziął bryłę lodu i położył mi do twarzy. Co ciekawe, na głowie tego nie odczuwam kompletnie. Docelowo szampon jest oczyszczający, a zatem powinien pienić się mocno i powodować, że włosy będą aż skrzypieć. Jak się jednak okazuje, wcale nie jest tak źle! Włosy są w 100% czyste, ale nie skołtunione. Nie mam problemów z nałożeniem odżywki i rozczesaniu jej szczotką, a włosy mam naprawdę gęste.  Kolejnym plusem jest fakt, że po tym szamponie kompletnie nie swędzi mnie głowa. Po oczyszczającej Barwie, Joannie, czy każdym innym szamponie o prostym składzie, skóra na karku swędzi i jest zaczerwieniona. Tutaj ten problem nie występuje. Zazwyczaj nie stosuję produktów w zestawach, ale tutaj z pełną świadomością stwierdzam, że ten szampon idealnie współpracuje z odżywką, o której wspomnę za chwilkę.
 
Skład: Aqua (Water, Eau), Sodium Laureth Sulfate, Sodium Lauryl Sulfate, Cocamide MIPA, Parfum (Fragrance), Cocamidopropyl Betaine, Panthenol, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Menthol, Hedychium Coronarium (White Ginger) Flower/Leaf/Stem Extract, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil, Algae Extract, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Leaf Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Anthemis Nobilis Flower Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Glycerin, Oleamidopropyl Betaine, Propylene Glycol, Glycol Stearate, PEG-150 Distearate, Citric Acid, Tetrasodium EDTA, Polyquaternium-7, Bisamino PEG/PPG-41/3 Aminoethyl PG-Propyl Dimethicone, PEG-12 Dimethicone, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Magnesium Chloride, Magnesium Nitrate, Limonene, Linalool, Citronellol, CI 42090 (Blue 1), CI 19140 (Yellow 5).
 
 
Z kolei odżywka Paul Mitchell Tea Tree ma działanie odbudowujące i zapobiegające utracie wilgoci. Spodziewałam się, że będzie to gęsta, obciążająca konsystencja, typowa dla odżywek emolientowych. Tymczasem ta odżywka jest tak lekka, że tuż po nałożeniu jakby znikała z włosów. Bez względu na to, czy nałożę jej dużo czy mało po prostu staje się niewidoczna. Mimo to bardzo dobrze wczesuje się szczotką. Po spłukaniu i wysuszeniu włosy są miękkie, odbite od nasady i zdecydowanie dłużej świeższe. To dokładnie to, czego potrzebuję!
 
Skład: Aqua (Water, Eau), Cetearyl Alcohol, Isohexadecane, Isododecane, Behentrimonium Methosulfate, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Hedychium Coronarium (White Ginger) Flower/Leaf/Stem Extract, Algae Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Anthemis Nobilis Flower Extract, Simmondsia Chinensis Leaf Extract, PPG-5-Ceteth-20, Citric Acid, Tetrasodium EDTA, Magnesium Nitrate, Bisamino PEG/PPG-41/3 Aminoethyl PG-Propyl Dimethicone, PEG-12 Dimethicone, Sodium Glycolate, Methylisothiazolinone, Methylchloroisothiazolinone, Magnesium Chloride, Sodium Hydroxide, Parfum (Fragrance), Limonene, Cl 42090 (Blue 1), Cl 19140 (Yellow 5).


Z początku obawiałam się, że ten zestaw nie będzie dobry odpowiedni do częstego stosowania. Z każdym kolejnym użyciem, upewniałam się, że jest to idealny zestaw dla przetłuszczających się włosów, które mają tendencję do strączkowania.  Używam go co 2 mycie, czyli co 2 dzień, no chyba, że nigdzie nie wychodzę to co 3, bo w prawdzie zmniejsza on przetłuszczanie i spokojnie można przetrzymać włosy na następny dzień, ale już bez efektu włosów odbitych od nasady. Uwielbiam go zarówno ja jak i mój facet. Dzięki niemu już nie mam obaw, że pomimo skrupulatnej pielęgnacji, co jakiś czas dopada mnie bad hair day. Efekt jest przewidywalny i zawsze taki sam.
 
Szczerze polecam i na pewno nie zaprzestanę na 1 butelce. Szampon kosztuje 65 zł za 300 ml, natomiast odżywka 69 zł też za 300 ml. Bardziej opłaca się kupić 1l butelki (szampon - 139 zł odżywka - 155 zł) ale to dopiero, gdy wypróbujecie i się zakochacie jak ja. Jak już wspomniałam, produkty Paul Mitchell nie są dostępne w sprzedaży detalicznej, a więc możecie je zamówić np. ze sprawdzonej strony www.miastowlosow.pl
 
Pozdrawiam,
J. :* 

poniedziałek, 2 października 2017

La Roche Posay Hydreane Legre - nawilżający krem termalny do skóry wrażliwej, normalnej i mieszanej - recenzja + rozdanie.

Od wielu lat poszukuję dobrego kremu nawilżającego, który nie będzie zapychał skóry trądzikowej. Nie jest to zadanie łatwe, zwłaszcza, że w większości z nich czai się masa składników, które dodatkowo obciążają skórę problematyczną. Ponadto te, które rzekomo dedykowane są tej cerze wzmacniają jej przetłuszczanie lub nadmiernie ją przesuszają. Wobec tego rezygnowałam z kremu nawilżającego na rzecz filtra z wysoką ochroną przeciwsłoneczną. Problem pojawił się jesienią, gdy rozpoczęłam kurację dermatologiczną płynem Atrederm. Jest to lek, który powoduje głębokie złuszczanie naskórka. Już po stosowaniu go 2 dni pod rząd, muszę liczyć się z tym, że skóra będzie pękała i schodziła płatami. Gdzie w tym wszystkim miejsce na makijaż? Aby w ogóle tego dokonać niezbędna jest dobra "zaprawa". I tutaj właśnie zaczyna się moja przygoda z kremem termalnym LRP Hydreane Legre .

 
Przez myśl by mi nie przeszło, aby sięgnąć po ten krem, gdyby nie mini produkt dołączony do genialnego, ultralekkiego fluidu Anthelios XL 50+ SPF. Zestaw zawierał fluid + 15 ml krem nawilżający. Próbkę zaczęłam stosować na noc w dniach, kiedy następowała przerwa od Atrederm. Wcześniej ratowałam się połączeniem kwasu hialuronowego z dowolnym olejem (oczywiście niekomedogennym). Niestety, ta metoda przestała mi wystarczać i zdarzało się, że nad ranem po prostu nie dało nałożyć się podkładu :(.  Tymczasem krem termalny w 1 dzień do tego stopnia regenerował skórę, że w końcu mogłam trochę zaszaleć i stosować lek chociaż 3 dni pod rząd bez obaw o efekt jaszczurki. Idąc za ciosem, zaczęłam go stosować także na dzień w kolejności: filtr, krem, podkład. Efekt zaczął mnie naprawdę zdumiewać aż tu nagle tubka dobiegła końca... :O


Od razu zamówiłam pełnowymiarowe opakowanie w sklepie internetowym Super Pharm ( jest taniej niż w aptekach stacjonarnych). W ciągu tych paru dni oczekiwania na paczkę posiłkowałam się tym, co akurat miałam pod ręką i już wtedy wiedziałam, że to nie to samo. Ewidentnie brakowało mi tego kremu, aby czuć się komfortowo. Od tamtego momentu minęło już kilka tygodni, a tubka zdaje się być niemal pełna. Pomimo mojej ogromnej zdolności do przesady w nakładaniu, stwierdzam, że krem jest bardzo wydajny, a to głównie za sprawą lekko wodnistej konsystencji, która wchłania się niemal natychmiast, pozostawiając uczucie miękkości i gładkości.  Jeśli chodzi o wykończenie tego kremu to moim zdaniem jest ono półmatowe. Skóra nie świeci się ani nie klei, wygląda po prostu bardziej zdrowo.


No dobrze, zatem wiecie już, że jestem zachwycona tym produktem i zdecydowanie zużyję go do samego końca. Zajmie mi to pewnie dobre 2 - 3 miesiące, biorąc pod uwagę, że tubka zawiera 40 ml produktu. Później będę musiała poszukać czegoś nowego, bo skóra może się przyzwyczaić ( na uwadze mam Hydraphase Legre). W związku z tym, że tubki mam dwie, jedną chciałabym ofiarować jednej z Was.  Jeśli  jednak same macie ochotę go kupić, to polecam zamówić go na stronie Super Pharm za 39,90 zł  i odebrać za darmo w aptece. Cena regularna to ok. 50 zł, zatem poszukać okazji.



Co zrobić, aby wygrać krem termalny La Roche Posay ?
 
1. Wystarczyć być obserwatorem bloga Produkt Natury
2. Polubić fanpage Produkt Natury
3. Zostawić do siebie e-mail w komentarzu.

Wzór:
Obserwuję jako:
Lubię jako:
email:

Ściskam,
J. :*

 

czwartek, 28 września 2017

Spotkanie blogerek w Katowicach 23.09.2017 - najlepsze spotkanie ever.

23 września miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu blogerek, które odbyło się w moim mieście, czyli Katowicach. Alicja ( Kaprysek) wybrała knajpę o wdzięcznej nazwie Synergia. Dzięki niej odkryłam nowe miejsce, które zdecydowanie trafiło w mój gust. W Synergii możecie napić się dobrej kawy z różnych zakątków świata, zjeść wegański obiad lub też opędzlować wołowego burgera... bez bułki. Minimalistyczny wystrój a wewnątrz spokojni, inteligentni ludzie ( If you know what I mean). Zdecydowanie odwiedzę ponownie, ale do rzeczy.  W naszym spotkaniu wzięło udział 8 dziewczyn: Alicja, Ada, Kasia, Joasia, Renata, Marta, Milena i Ja ;)


Przyznam szczerze, że na tego typu spotkaniach wolę luźną rozmowę zamiast pokazów przedstawicielskich. Jednak tym razem występy przedstawicieli firm Paul Mitchel, drogerii Endorphine,  Pharma Nord, Swiss Image oraz Top Choice były niezwykle interesujące. Nie była to typowa pogadanka na temat wizji i misji firmy oraz peanu pochwalnego na temat wytwarzanych przez nie produktów, ale przede wszystkim garść praktycznych porad i odpowiedzi na nurtujące nas pytania dotyczące pielęgnacji włosów, zażywania suplementów diety itp. W wielu aspektach poszerzyłam swoją wiedzę o nowe informacje oraz skonfrontowałam dotychczasową wiedzę. W międzyczasie sączyłam pyszną czarną kawę a na lunch  zdecydowałam się zjeść"burgera solo z ziemniaczkami z rozmarynem". Wszystko było naprawdę dobre!


Wracając do spotkania z przedstawicielami - na pierwszy ogień poszła Pani z firmy Paul Mitchel. Nigdy dotąd nie słyszałam o tej firmie, pomimo, że w świecie blogów siedzę dobre 5 lat. Paul Mitchel to znana na całym świecie marka produkująca profesjonalne kosmetyki do włosów od ponad 30 lat! Z tego co wywnioskowałam, są to produkty oparte na składnikach botanicznych i wolne od okrucieństwa wobec zwierząt. Co więcej, John Paul Mitchel Systems w swojej filozofii zakłada pomoc humanitarną, troskę o środowisko naturalne oraz najzwyczajniej mówiąc powrót do natury.  Wszystko to jest w 100% zgodne z moimi przekonaniami, zatem już nie mogę doczekać się testów serii Tea Tree.


Drugi występ należał do Moniki z drogerii Endorphine, które znajdziecie w Katowicach i Bytomiu. Monika po krótce opowiedziała jakie kosmetyki znajdziecie w ich salonach i co odróżnia je np. od Rossmana, Hebe czy Natury. Ja od siebie powiedziałabym, że w odróżnieniu od innych, nawet mniejszych drogerii kosmetycznych, Endorphine jest dla klientki, a nie klientka dla Endorphine. Szukasz bestsellerów kosmetycznych, o których wiele razy czytałaś na blogach? Idź do Endorphine.  Azjatycka pielęgnacja, rosyjskie kosmetyki naturalne, polskie manufaktury kosmetyczne? Idź do Endorphine. Czekasz na promocję na daną markę i nie wiesz kiedy wreszcie się doczekasz? Napisz na fb do Endorphine, a z pewnością wezmą to pod uwagę.  Znam to miejsce bardzo dobrze i bardzo się cieszę, że w łatwo dostępnym miejscu, bo w samym sercu Katowic mogę zakupić praktycznie wszystkie kosmetyki naturalne bez konieczności ich zamawiania przez Internet. Druga sprawa - mogę sobie pomarudzić i nikt absolutnie nie spojrzy na mnie jak na nienormalną. Dziewczyny często uczestniczą w szkoleniach i na pewno wiedzą o podstawowych składnikach kosmetycznych, które wiele z nas unika typu parafina, alkohol denat czy nawet gliceryna. Aha, i jeszcze jedno - każdy klient wychodzi z próbkami. Nie ważne, czy kupisz za 2 zł czy za 200 zł zawsze dostaniesz coś miłego. Po prostu przyjazne miejsce :)


Trzeci występ należał do pani z firmy Pharma Nord, będącej producentem suplementów diety. Nie wiem jak Wy, ale ja jesienią obowiązkowo rozpoczynam kurację witaminą D3 i K2, czasem jeszcze łykam magnez bądź eksperymentuję z czymś nowym. Z kolei mój chłopak regularnie przyjmuje tran i miłorząb japoński. Także temat supli nie jest nam obcy, zawsze z ogromną troską dobieram tabletki, które będziemy zażywać. Pani Klara przedstawiła nam listę badań, które posiada firma, opisała ulubione suplementy, które sama stosuje a także dała kilka istotnych wskazówek dotyczących wyboru danego produktu. Pamiętajcie, że suplementy diety to nie cukierki - wiele z nich, zwłaszcza tych najtańszych nie posiada żadnych badań, a zatem nie wiadomo, czy w ogóle nadają się dla ludzi i nie zagrażają ich przyszłemu zdrowiu. Firma Pharma Nord pochodzi z Danii i zgodnie z tym, co powiedziała Pani Klara u nas ich produkty zarejestrowane są jako suplementy diety, natomiast w Danii to leki, co już może świadczyć o ich wysokiej skuteczności - zobaczymy.


 Odwiedziła nas także p. Bogusia z firmy Top Choice, aby przedstawić nam nowy produkt, czyli pędzle silikonowe do makijażu. To zupełna nowość i sama jestem ciekawa, jakie znajdę dla nich zastosowanie.


Ostatnim gościem był pan z firmy Swiss Image, będącej producentem szwajcarskich kosmetyków do włosów.  Są to formuły oparte na polodowcowej wodzie alpejskiej, wolne od silikonów i parabenów. Wszystkie produkty mają certyfikaty jakości ISO oraz badania dermatologiczne wykonywane w szwajcarskich laboratoriach. Produkty są dostępne np. w sieci Rossman, gdzie też właśnie wypatrzyłam je jakiś czas temu. Nigdy nie próbowałam, więc zobaczymy jak się sprawdzą.


I tak sobie siedziałyśmy i siedziałyśmy i nawet nie wiedzieć kiedy, nagle z 14.00 zrobiła się 19.00.  Ani przez chwilę nie było nudno ani sztucznie. Oprócz Ali i Ady nie znałam nikogo, a rozmawiałyśmy, jakbyśmy się znały od zawsze. Miało nie być żadnych upominków, a okazało się, że dzięki uprzejmości wielu firm, będziemy miały mnóstwo ciekawych rzeczy do testowania, pewnie dla Was czytelników też coś się znajdzie.

Sponsorzy spotkania:  

I to by było na tyle - dzięki dziewczyny!!! :*





czwartek, 21 września 2017

Płyn micelarny z Lidla - dlaczego warto kupić, którą wersję wybrać?

Płyn micelarny to produkt, który towarzyszy mi od wielu lat. Nie wyobrażam sobie, aby zabrakło go w mojej codziennej pielęgnacji. Wybierając płyn micelarny kieruję się przede wszystkim skutecznością, ceną i pojemnością. Przez te kilka lat przetestowałam płyny z różnych półek cenowych i doszłam do wniosku, że wcale nie są one od siebie tak znacząco różne. Przykładowo słynny różowy Garnier działa u mnie równie skutecznie jak płyn z Vichy czy Biodermy.  Niestety, w większości taniej znaczy gorzej i tak oto do kompletnie nie nadających się do zmywania makijażu produktów, które przyczyniły się do pogorszenia mojego stanu cery mogę zaliczyć. płyny Ziaji, AA czy BeBeauty. Do tańszych, ale bardzo skutecznych płynów zdecydowanie można zaliczyć płyn lipowy Sylveco czy płyn micelarny Bielenda expert nawilżający i kojący.  Od kilku miesięcy płyn micelarny stosuję jako 1 etap demakijażu twarzy. W związku z powyższym nie potrzebuję produktu za Bóg wie jakie pieniądze, bo i tak za chwilę resztki domyję olejkiem myjącym i mydłem. Nie oznacza to jednak, że płyn ma nie działać czy też pozostawiać na skórze resztki kosmetyków czy zabrudzeń, które zgromadziły się na twarzy w ciągu dnia. Jest to dla mnie istotne, z uwagi na fakt, iż na co dzień używam wodoodporny krem z filtrem 50 SPF, który jak wiecie, wymaga dokładnego zmywania.

Dziś chciałabym przedstawić Wam płyn, który odkryłam zupełnie przypadkiem, a ostatecznie rozpoczynam jego 4 butelkę.  Producentem płynu micelarnego, dostępnego w sieci sklepów Lidl jest Orkla Care S.A, czyli właściciel takich marek jak: Soraya czy Dermika. Występuje on w dwóch wersjach o pojemności 200 ml: łagodzącej i nawilżającej.


Skład obu produktów jest identyczny, prócz jednego składnika, który decyduje o tym, iż producent nazwał swój płyn nawilżającym bądź łagodzącym. W wersji łagodzącej znajdziemy wodę różaną, natomiast nawilżającej ekstrakt z kwiatu hibiskusa. W sumie dziwię się, że opakowanie jest niebieskie, bo gdy myślę o hibiskusie, to od razu na myśl przychodzi mi pyszna, czerwona herbatka.

Cena obu płynów jest bardzo korzystna, bo za 200 ml płacimy jedynie 4,39 zł, czyli za duże, standardowe opakowanie zapłacilibyśmy 8,78 zł. To nadal taniej niż Garnier czy Bielenda będąc w promocji. Wydajność płynu z Lidla niczym nie odstaje od innych płynów micelarnych. Zużywam je w podobnym tempie czyli szybko. Dla mnie płyn micelarny to jednocześnie tonik jak i produkt do zmywania wierzchniej warstwy makijażu a także produkt do odświeżenia o poranku.

Skuteczność, czyli najważniejsza cecha dobrego płynu micelarnego. Po czym poznać, czy płyn dobrze domywa skórę? No cóż, u mnie wyznacznikiem jest ilość zużytych wacików oraz zdolność do zmywania makijażu oczu.  W tej kwestii oba płyny są bardzo dobre, aczkolwiek jeden i drugi powoduje, że oko jest przesuszone. Przez długi czas nie miałam niczego innego do zmywania oczu i ciągle zastanawiałam się, co powoduje taką nieznośną suchość. Ulgę poczułam dopiero w chwili, gdy zakupiłam dwufazówkę do oczu z Bielendy i wtedy zdałam sobie sprawę, że winny jest płyn.  Niemniej jednak do reszty twarzy oba okazały się skuteczne, jednakże na szczególne wyróżnienie zasługuje nawilżający płyn micelarny z ekstraktem z kwiatu hibiskusa. To on o dziwo, lepiej łagodził wszelkie zaczerwienienia. Poza tym są na prawdę identyczne, więc zasadniczo warto wypróbować zarówno jeden jak i drugi.


 Podsumowując, uważam, że to godny polecenia produkt do demakijażu skóry twarzy. Choć dobrze radzi sobie ze zmywaniem oczu, to mimo wszystko odradzałabym go w obawie przed ewentualnymi podrażnieniami. Jest tani jak barszcz, łatwo dostępny a w dodatku skuteczny. Zamiast wydawać krocie na płyny micelarne wolę zainwestować w dobre oleje myjące  czy kremy pielęgnacyjne. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób nie robi wieloetapowego demakijażu i wówczas płyn micelarny stanowi dla nich jedyne źródło oczyszczania. Wtedy dajcie znać, czy solo płyn spełnia Wasze oczekiwania, czy po prostu tylko mnie tak dobrze spasował? 

Pozdrawiam ciepło,
Justyna :* 

niedziela, 17 września 2017

Efekty picia drożdży - 3 tygodnie kuracji za mną

Pewnie każda z Was słyszała o kuracji drożdżowej. W skrócie polega ona na codziennym piciu określonej ilości świeżych bądź sproszkowanych drożdży instant w postaci napoju zaparzanego wrzątkiem. To bogate źródło witamin z grupy B, minerałów i aminokwasów. Choć napój trudno nazwać smacznym, to wiele kobiet wykorzystuje ich właściwości w celu poprawy stanu skóry,włosów i paznokci. Ja również podjęłam rękawice. Próbowałam nie raz, ale aż 3 razy i dopiero za trzecim śmiało mogę powiedzieć, że piłam je regularnie. Pewnie gdyby nie mój chłopak, który także postanowił spróbować, to pewnie po 2 dniach dałabym sobie święty spokój. O kuracji drożdżowej przypomniałam sobie wraz z nadejściem jesieni. Chciałam kupić "jakiś" suplement diety i tak oto wpadłam na pomysł, że jest przecież tani i naturalny sposób na dostarczenie swojemu organizmowi niezbędnych substancji odżywczych.

 Zanim powzięłam decyzję, przeczytałam kilkanaście postów na ten temat. W szczególności polecam wpis Fair hair care oraz Kascysko. Schemat jaki obrałam to 3:1, czyli 3 tygodnie picia, tydzień przerwy. Jestem właśnie po 1 etapie (a mam zamiar przeprowadzić takie 3) i chciałabym Wam opowiedzieć, jak to wygląda, czy jest jakikolwiek efekt no i czy był słynny wysyp. 

Pierwszego dnia mój facet poszedł do sklepu i przyniósł 3 paczuszki po 100 g drożdży piekarskich. Biedny nie wiedział, że będziemy pić jedynie (a może aż?) 25g dziennie, zatem zrobił nam spory zapas. Już nie ma wymówki, że się kupić zapomniało. Postanowiliśmy, że napój będziemy spożywać wieczorem, tuż przed snem. Na początku napój pilismy ciepły... mój Boże.. co za świństwo. Nie mniej jednak na drugi dzień byliśmy już mądrzejsi i zaczekaliśmy aż ostygnie.

 

Efekty jakie zauważyłam po 3 tygodniach to: 


1. Mocne i zdrowe paznokcie. Zawsze miałam dość ładna płytkę, ale często się rozdwajała. Z tego powodu moje paznokcie zawsze są obcięte na krótko. W życiu nie udało mi się zapuścić tak długich i zdrowych paznokci jak w tym momencie. Nawet znajomi zaczęli zwracać na nie uwagę i pytać jak to zrobiłam.  Wiem, że może dla fanek długich, naturalnych bądź sztucznych paznokci to nadal są krótkie pazurki, aczkolwiek dla mnie bardzo długie paznokcie zaczynają się wtedy, gdy nie potrafię napisać smsa. W czasie mojej tygodniowej przerwy od picia drożdży żaden paznokieć ani się nie złamał, ani nie rozdwoił.

2. Nie było żadnych wysypów.  Jeden pryszcz na policzku spędzał mi sen z powiek przez kilka tygodni i za jego pojawienie się obwiniałabym raczej działanie retinoidów. Wszyscy straszyli kataklizmem na twarzy, a tu wychodzi na to, że mój organizm najwyraźniej to nie rusza. Żadnych nadzwyczajnych zmian w przetłuszczaniu  skóry ani pojawianiu się wyprysków. Czas pokaże, może po kolejnych 3 tygodniach nastąpi przełom.

3. Włosy jest mi najtrudniej ocenić. Ostatnio stwierdziłam, że już mam bardzo długie włosy i nawet nie wiem kiedy tak urosły.  Odrost nie okazał się tutaj pomocnikiem, ponieważ od paru miesięcy farbuje włosy henną, która notabene i tak nie pokrywa mi w identycznym odcieniu naturalnych włosów, więc nie wiem czy urosły 1 cm czy 10. Zatem przykro mi, ale póki co o zmianach na włosach nic nie mogę powiedzieć praktycznie nic, ale zobaczymy po kolejnych 3 tygodniach.

4. Zmniejszyła się chęć na podjadanie słodyczy. Ta zmiana cieszy mnie chyba najbardziej. Uwielbiam czekoladę i praktycznie nie ma dnia, żebym nie skusiła się choćby na małego, malutkiego batonika. Odkąd zaczęłam pić napój drożdżowy, jestem w stanie opanować te rządze, a czasem nawet kompletnie zapominam o istnieniu słodyczy. Idealnie :) 

5. Ogólna poprawa samopoczucia. Przez ten okres mniej narzekałam na złe samopoczucie, metabolizm nieco przyspieszył i wreszcie nie byłam taka przybita. Nie należę do osób, które codziennie pochłaniają odpowiednią dawkę warzyw i owoców, piję 3 kawy dziennie a w dodatku palę papierosy. Żeby było śmieszniej, staram się 3x w tygodniu robić cardio. Cała ta mieszanina nieco mnie osłabia, a picie drożdży daje mi pozytywnego kopa. Polecam wypróbować suplementację drożdżami choćby właśnie dla takich celów.



 Plany vs rzeczywistość...

Ten post piszę już dobre 2 tygodnie.  Teoretycznie kolejny etap picia drożdży powinnam zacząć w ubiegły poniedziałek. Nie udało się, bo w moim życiu pojawiły się poważne problemy i przykrości. Ale chyba tak to już jest, że ilekroć jest już dobrze, to tylko po to, żeby za chwilę było jeszcze gorzej. W ciągu tygodnia wypadło mi mnóstwo włosów, jeden z paznokci złamał mi się przy samej podstawie, co było niezwykle bolesne a w dodatku skutkowało tym, że musiałam obciąć wszystkie. O skórze nawet nie wspominam, bo przy takiej ilości stresów i wysuszających retinoidów przez pewien czas wyglądałam jak jaszczurka, co nieomieszkało mi wypomnieć wiele osób pt. " ale Ci skóra schodzi, a co tam masz taką skórę?? "etc. Pani Dermatolog oprócz kolejnej buteleczki Atredermu przepisała mi cynk w formie leku na receptę, więc póki co drożdży pić nie będę, bo to nie miałoby sensu. Przez najbliższe 3 miesiące wypróbuję, czy cynk działa, ale tuż po jego odstawieniu od razu wrócę do drożdży, bo naprawdę  dobrze się po nich czułam i jest to zdecydowanie najtańszy i jeden z najskuteczniejszych domowych suplementów na piękną skórę, włosy i paznokcie.


Dajcie znać, czy kiedykolwiek próbowałyście tej kuracji i jakie przyniosła rezultaty?