środa, 2 sierpnia 2017

Olej z pestek śliwki - lekki olej, który na pewno pokochasz.

Czyste oleje naturalne ostatnimi laty zyskały na popularności. Pamiętam jeszcze te czasy, gdy taki produkt można było kupić jedynie w sklepach z półproduktami. W tej chwili większość drogerii oferuje wiele czystych, choć znacznie droższych olei naturalnych. Czasami zdarza mi się kupić właśnie taki olej w ładnym, praktycznym opakowaniu. Zazwyczaj jednak staram się nie przepłacać. Dziś chciałbym przedstawić Wam olejek, który kupiłam przypadkiem miesiąc temu i naprawdę -  skradł moje serce. Dlaczego? 


Olej z pestek śliwki to przede wszystkim bogactwo witaminy E, a zatem wykazuje on silne działanie antyoksydacyjne. W odróżnieniu od pozostałych olejów naturalnych świetnie się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy.  Posiada charakterystyczny zapach gorzkich migdałów i marcepanu, który osobiście bardzo mi odpowiada. Zapach ten jest lekki i nie męczy nosa. Niewątpliwie oprócz doskonałej wchłanialności, zaleoleju z pestek śliwki jest jego bezpieczeństwo w stosunku do cery trądzikowej, tłustej czy mieszanej. Bardzo często nawet najlepszej jakości olej z awokado, olej arganowy czy inny bardziej popularny produkt potrafi zrobić krzywdę osobom ze skłonnością do zapychania. Tymczasem olej z pestek śliwki śmiało stosuję na dzień i na noc. 

  
Moim ulubionym zastosowaniem oleju z pestek śliwki jest wklepywanie go w skórę w połączeniu z żelem aloesowym Holika Holika.  Na dzień świetnie współpracuje z podkładem mineralnym, dodatkowo ograniczając wydzielanie sebum oraz utrzymując odpowiedni poziom nawilżenia przez cały dzień. Skóra pod nim nie "dusi się" ani żaden kolorowy produkt nie ulega zważeniu. Często aplikuję go także nocą na zmianę z olejem z pachnotki. Efekt to przede wszystkim odpowiednie nawilżenie, odżywienie i poprawa ogólnego kolorytu skóry. Nie zauważyłam, aby ten olej w jakiś sposób wpłynął na istniejące zmiany skórne, choć w tym okresie jest ich i tak zdecydowanie mniej.


Podsumowując, olej z pestek śliwki to obok oleju z orzechów laskowych i wyżej wymienionego żelu aloesowego jest moim największym odkryciem minionego miesiąca. Polecam wypróbowanie tego oleju zwłaszcza osobom, które nie cierpią olejowania twarzy ze względu na zapychanie i nieprzyjemne odczucie tłustości. Ten produkt kompletnie przeczy dotychczasowym doświadczeniom. Moja buteleczka to olej marki Nature Queen, za który stacjonarnie zapłaciłam 24 zł / 30 ml. To trochę drogo, więc jeśli nie jesteście pewne, czy olej się u Was sprawdzi polecam skorzystać ze sklepu Zrób Sobie Krem. Tam za 30 ml oleju zapłacicie 15 zł

wtorek, 25 lipca 2017

4 proste hydrofilowe olejki myjące z glyceryl cocate - uwagi ogólne.

Po raz kolejny okazało się, że zmywanie twarzy olejami to jedyna droga do zdrowej i czystej skóry. Niestety znowu udało mi się wytrzymać tylko miesiąc, wykonując regularne OCM. Zabawa w nakładanie ciepłej ściereczki i ciągłe ich pranie okazało się zbyt trudne. Nie chciałam jednak zupełnie rezygnować z tej metody i pomyślałam, że może warto powrócić do olejków myjących. Dawno temu miałam taki produkt z e-naturalne i pomimo zadowolenia nie kupiłam go ponownie. Dlaczego? Teraz myślę, że głównie ze względu na cenę. Wydanie 15 - 20 zł za 100 ml buteleczkę to wysoka cena w perspektywie braku możliwości kombinowania w składzie. Wydajesz 20 zł i musisz zdecydować się na konkretny, gotowy produkt. Kupując sam emulgator to ja decyduję, jaki dzisiaj chcę mieć olejek myjący. Tym oto sposobem do tej pory wypróbowałam 4 wersje domowego olejku myjącego. I wiecie co? Jakby ktoś po raz pierwszy polecił mi olejek myjący na 2 nieudanych zestawach, które zaraz przedstawię, to powiedziałabym mu, że to nie działa i że nigdy więcej tego nie kupię. Jak widać, po prostu trzeba próbować, szukać dla siebie najlepszego rozwiązania, zamiast od razu skreślać dany produkt.


Podsumowując, przepis jest prosty: 90% oleju bazowego 10% emulgatora. W bardziej skomplikowanych recepturach proporcje będą inne, ponieważ może zechcecie mieć 2 a nie jeden olej albo dodać witaminę E lub olejek eteryczny. Tymczasem ja będę mówiła o najbardziej podstawowych przepisach, których wykonanie zajmuje 5 minut.

Olej bazowy: w moich olejkach myjących wystąpiła odpowiednio oliwa z oliwek, olej awokado, olej z orzechów laskowych oraz  olejek z pestek moreli Alterra.

Emulgator: za emulgator posłużył klasyczny Glyceryl Cocoate, czyli emolient otrzymywany z oleju kokosowego i gliceryny. Kosztuje nie więcej niż 6 zł w każdym sklepie z półproduktami.


ZESTAW 1 ULTRAPROSTY - NIEUDANY


Na pierwszy ogień poszło to, co aktualnie miałam w kuchni, czyli oliwa z oliwek. To nie było najlepsze zestawienie. Sam emulgator ma gęstą, klejącą konsystencję a oliwa z oliwek wcale nie jest od niego "lepsza". W efekcie zmywanie buzi takim zestawem okazała się nie lada wyzwaniem. Po wstrząśnięciu buteleczki i zaaplikowaniu na wilgotną twarz, tworzyła się na niej ciężka warstwa okluzyjna, która pomimo konsystencji emulsji, nie pozwalała odczuć żadnej czystości ani tym bardziej świeżości. Nawet po dokładnym umyciu twarzy wodą, ciągle wydawało mi się, że coś na niej "siedzi". I nie myliłam się, bo w krótkim czasie zaczęły dokuczać mi zaskórniki, które od 2 miesięcy praktycznie dały mi święty spokój. Cóż, jest to olej z kategorii nieschnących, więc można było się tego spodziewać, że dla cery skłonnej do trądziku nie jest to idealne rozwiązanie.

ZESTAW II NAWILŻENIE SKÓRY SUCHEJ,WRAŻLIWEJ, STARZEJĄCEJ SIĘ - TROCHĘ NIEUDANY

Pomyślicie, że skoro kolejny olejek myjący okazał się klapą, to po co w ogóle to robiłam. Tak się składa, że te formulacje wychodziły mi raz dobrze raz źle na zmianę, ale w ramach systematyzacji na blogu postanowiłam po kolei przedstawić je od najgorszych do najlepszych. Olej awokado jest jedynym z lepszych olejów jakie stosowałam w pielęgnacji ciała, włosów a czasem twarzy. Ma on bardzo dobre właściwości zmiękczające, wygładzające i regenerujące. Pomyślałam zatem, że równie dobrze sprawdzi się w olejku do mycia twarzy, zwłaszcza, że wykazuje działanie lekko emulgujące, a zatem świetnie powinien domywać resztki makijażu i nie sprawiać żadnych problemów ze zmywaniem. I rzeczywiście, nie ma co narzekać, bo zmywało się go łatwo i przyjemnie, ale to nie tego trzeba mojej cerze. Dla niej to zdecydowanie za dużo, za bogato. Na ogromny plus mogę natomiast powiedzieć, że po jego użyciu skóra miała ładny koloryt, jakby wszelkie zaczerwienienia zostały ukojone. Może gdybym nie robiła wcześniej jeszcze lepszego olejku, który w 100% spełnia moje potrzeby, to powiedziałabym, że to całkiem dobry olej do tworzenia olejku myjącego do cery zanieczyszczonej, ale niestety tak nie jest. Pewnie sprawdziłby się wśród osób z cerą normalną lub suchą.


ZESTAW III NA BAZIE OLEJKU DO WŁOSÓW ALTERRA - CUDO

Zestaw 3 tak naprawdę powinien być zestawem 4, bo to właśnie ten olejek aktualnie stosuję od dłuższego czasu. Gdy pokończyły mi się już wszystkie dostępne oleje, które mogłam wykorzystać do mycia, postanowiłam zaryzykować i wykorzystać nieużywany przeze mnie olejek do włosów od Alterra, który ma bardzo przyzwoity skład. Zawiera m.in. olej sojowy, olej sezamowy, olej arganowy, olej słonecznikowy, olej migdałowy, olej z pestek moreli i olej z awokado. Cały ten mix olejów w połączeniu z moim emulgatorem dał bardzo dobrą, rzadką konsystencję, którą użytkuję z przyjemnością. Nie zapycha mnie ani nie uczula. Co więcej jest zdecydowanie bardziej wydajny niż oleje, które używam solo. No i o czym warto wspomnieć - buteleczka 50 ml olejku na promocji w Rossmanie kosztuje 9,99 zł ! ;-) Polecam do wypróbowania go właśnie w takiej alternatywie, jeśli również nie zachwycił Waszych włosów.

ZESTAW IV  OLEJEK MYJĄCY NA BAZIE OLEJU Z ORZECHÓW LASKOWYCH - BOMBA

I to jest właśnie strzał w dziesiątkę. Olej z orzechów laskowych to produkt genialny. Ma lekką konsystencję, przyjemny, delikatny zapach i przede wszystkim nie obciąża skóry skłonnej do zanieczyszczeń. Sprawdza się zarówno w produktach myjących jak i ogólnej pielęgnacji twarzy. Dzięki wysokiej zawartości witaminy E, w mojej kompozycji nie musiałam dodawać żadnych przeciwutleniaczy. Jakże żałowałam, że zamówiłam sobie tylko 30 g buteleczkę ( 8,90 zł !!) Przy następnym zamówieniu zdecyduję się  na dużą butelkę.

I to już wszystkie hydrofilowe olejki myjące, które do tej pory zrobiłam sobie w domu. Znalezienie właściwej konsystencji wymagało kilku prób, ale ostatecznie udało mi się znaleźć coś dla siebie. Dzięki tej metodzie nie muszę już bawić się w ciepłe szmatki na buzi a i tak skóra jest czysta i dobrze domyta. W przyszłości myślę także o olejku myjącym na bazie oleju śliwkowego, w którym wprost się zakochałam. W połączeniu z koreańskim żelem aloesowym działa cuda.

PS. Właśnie doszło do mnie zamówienie ze ZSK, w którym to zakupiłam zapas oleju z orzechów laskowych oraz zdecydowałam się na wypróbowanie lubianego przez wiele z Was oleju z pachnotki. Dodatkowo do koszyka dorzuciłam inny, znany emulgator SLP , aby zrobić sobie porównanie.

 
Dajcie znać, co myślicie o takiej metodzie demakijażu. Ktoś się skusi ;)?

poniedziałek, 17 lipca 2017

Która lepsza, henna Khadi czy henna Swati? | Porównanie dwóch naturalnych ziołowych farb do włosów.

Jakiś czas temu podjęłam decyzję, że czas pożegnać się z chemicznymi farbami do włosów. Naturalna pielęgnacja stała się u mnie czymś tak oczywistym, że aż sama byłam zdziwiona, że jeszcze do nie tak dawna farbowałam włosy tym, co stało na drogeryjnej półce. Innym argumentem, który być może jeszcze bardziej przekonał mnie to zmiany postępowania to katastrofalne zniszczenia, które skutecznie uniemożliwiały mi zapuszczenie włosów. Jako że od lat farbowałam włosy na rudo, naturalna henna nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Czerwienie, miedzie i  mahonie to dla mnie chleb powszedni. Nie chciałam rozpoczynać swojej przygody z henną od słabej jakości produktu ( ELD próbowałam jeszcze za czasów szkolnych - porażka), zatem od razu sięgnęłam po popularną farbę ziołową Khadi w kolorze RED ( naturalna).  Jako że jestem dociekliwa, przy kolejnym farbowaniu nie omieszkałam wypróbować innej,  trochę mniej popularnej, henny marki Swati. Różnica między tymi produktami na pierwszy rzut oka jest taka, że opakowanie  Khadi zawiera 100 g produktu, a co za tym idzie wystarcza mi tylko na 1 raz, natomiast puszka Swati 150 g już na dwa. Te 50g więcej stanowi ogromną różnicę, ponieważ dzięki temu kupując 1 puszkę mam zapas na następne farbowanie. Kontynuując ten ekonomiczny wywód, za Khadi i Swati zapłaciłam tyle samo, z tą różnicą, że ten drugi miałam na 2 razy.


WYBIERAM HENNĘ SWATI - DLACZEGO?


1) wydajność ( 150 g opakowanie + urocza puszka)
2) tuż po farbowaniu praktycznie nie występuje przesuszenie, a po Khadi włosy jeszcze długo skrzypiały
3) cena ( 32 zł bez przesyłki to bardzo atrakcyjna cena)
4) bardzo ładny, głęboki kolor, który długo utrzymuje się na włosach(  tutaj akurat nie ma co porównywać, efekt równie dobry, obie polecam) 
5) delikatniejszy zapach ( nie wiem od czego to zależy, ale włosy po Khadi jeszcze długo, długo pachniały "trawami", natomiast w przypadku Swati zapach dość szybko się ulotnił.)

Podsumowując, zostałam miło zaskoczona, bo w całej sieci można znaleźć mnóstwo pochwalnych opinii na temat henny Khadi a o Swati udało mi się znaleźć zaledwie kilka postów. Okazuje się, że tańsza wersja sprawdziła się u mnie lepiej, a w dodatku pozwoliła zaoszczędzić pieniądze. W planach miałam jeszcze wypróbowanie henny z Orientany, ale jakoś z pola widzenia zniknęła naturalna wersja albo chociaż czerwona. Ktoś coś wie na ten temat?

Pozdrawiam,
J.:*

niedziela, 18 czerwca 2017

Nowa wcierka Jantar Medica z wyciągiem z bursztynu - efekty na moich włosach.

Kiedy słyszę nowy Jantar aż ciarki mnie przechodzą. Aż trudno mi sobie przypomnieć, ile to już razy Farmona zmieniała skład tego produktu. Tym razem, niespodziewanie na aptecznych półkach pojawiły się produkty o nazwie Jantar Medica. Z tego co się dowiedziałam, Jantar Medica nie występuje pod firmą Farmona a Ideepharm Sp. z o. o. To firma w jakiś sposób powiązana z Farmoną, w jaki - trudno mi powiedzieć  aczkolwiek najwyraźniej bardziej wzięła sobie do serca uwagi użytkowniczek zarówno w kwestii aplikacji jak i nazewnictwa tego produktu. W ofercie serii Jantar Medica znajdziemy standardowo także szampon, mgiełkę i kurację w ampułkach. Aż chce się powiedzieć, że nie zmieniło się nic, ale szkopuł jak zwykle tkwi w składzie. Dawno temu miałam ze 2-3 opakowania wcierki Jantar. Były fenomenalne, ale na tę chwilę trudno powiedzieć które. Skład tej odżywki zmienia się z prędkością światła, więc w tym przypadku zawsze warto zwracać uwagę na INCI. Po tym przydługawym wstępie, skupmy się na efektach, jakie przyniosła mi ponad 20 dniowa kuracja (bo jeszcze nawet nie upłynął pełen miesiąc) wcierką Jantar Medica. Dodam, że stosowałam ją na prawdę regularnie i nie pominęłam ani jednego dnia kuracji.



 SKŁAD:
Aqua (Water), Propylene Glycol, Glucose, Amber Extract, Panthenol, Panax Ginseng Root Extract, Arginine, Acetyl Tyrosine, Arctium Majus Root Extract, Hydrolyzed Soy Protein, Polyquaternium-11, PEG-12 Dimethicone, Calcium Pantothenate, Zinc Gluconate, Niacinamide, Ornithine HCl, Citrulline, Glucosamine HCl, Biotin, Polysorbate 20, PEG-20 Glyceryl Laurate, Tocopherol, Linoleic Acid, Retinyl Palmitate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Disodium EDTA, Parfum (Fragrance), Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool

Ocenę składu pozostawiam guru włosowym. Mnie wydaje się całkiem niezły i to właśnie dlatego zdecydowałam się na zakup tej wcierki. Trochę nie podoba mi się białe, plastikowe opakowanie z aplikatorem. Po pierwsze, nieprzezroczystość opakowania powoduje, że tak naprawdę nie wiem, ile produktu pozostało w środku, czy zużywam go mało czy dużo. Druga sprawa to fakt, że ta szklana buteleczka miała swój klimat. Lubiłam ją i pomimo braku aplikatora dawałam sobie radę. Jeśli już jesteśmy przy aplikatorze... Szczerze? Dla mnie to żadne ułatwienie. Wręcz przeciwnie. Kiedy przykładam aplikator do skóry głowy i zaczynam psikać poszczególne miejsca, to nagle okazuje się, że część produktu ścieka mi po butelce, wydostając się ze szczelin aplikatora. Nie wiem, jak to jaśniej wytłumaczyć, aczkolwiek moim zdaniem nie jest to najsolidniejsze opakowanie - takie trochę na siłę. To tak w kwestii opakowania, które mogę uznać za minus, ale to dla mnie najmniej istotna rzecz, bo liczy się przede wszystkim działanie.





U mnie ta wcierka z pewnością działa. Widzę to choćby po odrostach, które pojawiły się znacznie szybciej no i są zdecydowanie dłuższe. Wysypu baby hair ocenić nie potrafię, gdyż cała moja głowa to baby hair. Mam bardzo gęste włosy, a przy skórze twarzy zawsze odstają mi pojedyncze, nowe włosy. W sumie warto, abym dla ścisłości zaznaczyła, że głównym celem stosowania przeze mnie tego produktu jest szybszy porost włosów - zamarzyły mi się długie włosy i wreszcie chciałabym to osiągnąć.

Skoro już wiecie, że działa tak, jak sobie zamierzyłam, to mimo wszystko warto wspomnieć o nadmiernym przetłuszczaniu. Niestety, ta odżywka - wcierka powoduje u mnie szybsze przetłuszczanie włosów. Podobne opinie czytałam już u kilka innych dziewczyn na Wizażu no i rzeczywiście - 1 dzień ładnej fryzury, drugi to już tylko mycie albo warkoczyki. Nie mam takiej wiedzy, a więc nie jestem w stanie stwierdzić, co w tym składzie powoduje takie odczucie, aczkolwiek jest to zauważalne, ale do przeżycia.



Jak stosuję wcierkę Jantar Medica? - 2 sposoby:

1) Po myciu lub bez mycia wieczorem - na suche włosy wmasowuję produkt w skórę głowy. Średnio lubię ten sposób, bo muszę trochę czekać aż włosy wyschną nim położę się spać lub zepnę je w kitkę. W przeciwnym razie rano mam nieestetyczne odgięcia.

2) Po myciu w trakcie suszenia - na umyte i odsączone ręcznikiem włosy, wmasowuję wcierkę, a następnie suszę suszarką. Mam wrażenie, że w ten sposób owa wcierka działa mocniej, a przy tym włosy są bardziej odbite od nasady.


Podsumowując, jestem mile zaskoczona nową wcierką z serii Jantar Medica. Jak widzicie, cena jest naprawdę atrakcyjna ( 8,99 zł w promocji w SuperPharm). Sama nie spodziewałam się, że tak szybko zauważę pierwsze efekty i pomimo tego, że ma swoje minusy, to zdecydowanie polecam ją wypróbować, jeśli zależy Wam na przyspieszeniu porostu włosów. Moje włosy rosną niezwykle wolno, dlatego gdyby nie wypłukane końce, farbę mogłabym nakładać co 2 miesiące. Tutaj zdjęcia przedstawiają efekty po 20 kilku dniach stosowania (zaczęłam od razu po tym, jak pofarbowałam włosy) i już czekam na przesyłkę z nową henną, bo aż wstyd z takimi odrostami chodzić. Niemniej jednak zostało mi jeszcze trochę tej wcierki ( nie wiem ile, bo tak jak pisałam, opakowanie jest nieprzezroczyste!) i gorąco liczę na to, że wyciągnę z niej jeszcze więcej.

Dajcie znać, czy już próbowałyście i jakie polecacie wcierki bądź olejki przyspieszające porost włosów :)


niedziela, 11 czerwca 2017

Czy warto kupić ekologiczny olejek z pestek moreli Alterra? Zabezpieczanie końcówek a może olejowanie?

Jakiś czas temu moją uwagę zwrócił olejek, który ma dość przewrotną nazwę. Olejek z pestek moreli. Sęk w tym, że sam olejek z pestek moreli jest gdzieś na szarym końcu składu. Produkt, który zakupiłam to po prostu kompilacja oleju arganowego, avocado, pestek moreli oraz oleju sezamowego. Bazą całego olejku jest olej sojowy. Skład prosty jak diabli, a to wszystko za mniej niż 10 zł! Wrzuciłam do koszyka i nawet nie doczytałam, że producent stworzył ten produkt z myślą o zabezpieczaniu końcówek. Zabierając się do niego w domu pomyślałam, że można lepiej wykorzystać takie dobrodziejstwo natury. Zaolejowałam włosy raz, drugi, trzeci. Jak się sprawdził?


W swojej podstawowej roli olejek sprawdza się dobrze, ale moim zdaniem gorzej niż serum silikonowe chociażby z Biovaxu. Nie ma tego połysku i maksymalnego wygładzenia. Łatwo z nim przesadzić, przez co efekt jest opłakany. Rzadko korzystam z niego w ten sposób.

Zamiast tego olejek stosuję w metodzie olejowania na sucho bądź na mokro przed myciem. Olejek ma śliczny, owocowy zapach, który niestety po myciu ulatnia się. W prównaniu do oleju lnianego czy oliwy z oliwek ma bardzo rzadką konsystencję, która szybko wnika we włosa, przez co absolutnie nie żadnych problemów ze zmywaniem.


Jednak czy jest to hit? Jak dla mnie straszny przeciętniak. Pomimo dobrego składu na moich gęstych, suchych włosach robi naprawdę niewiele. Olejowanie nim włosów daje bardzo delikatny efekt a zabezpieczanie końcówek jest daremne. Nie wiem, czy to tylko moja opinia, ale każda z nowości Alterry to niewypał. Starsze produkty sprawdzają się u mnie zdecydowanie lepiej. Zużyję go do końca, ale z pewnością nie skuszę się ponownie. Szkoda, bo cena i skład przemawiała na jego korzyść, ale skoro nie robi za wiele, to zwyczajnie szkoda czasu. Następny olej jaki planuję kupić, to olej kameliowy. Pożyjemy, zobaczymy ;)

Buziaki :*

środa, 7 czerwca 2017

Odżywka wzmacniająca Garnier Oil Repair 3 vs Oil Repair 3 Butter - porównanie starej i nowej wersji

Uwielbiam odżywki z Garniera. Nadal z sentymentem wspominam tę, którą kupiłam na targu z chemią niemiecką w Dźwirzynie. Była to Garnier Natural Beauty Vanille Milch Papayamark, która niestety nadal nie jest dostępna w Polsce. Drugim, niekwestionowanym hitem jest Garnier Ultra Doux olejek z awokado i masło karite. To mój pewniak, który kupuję od lat. Trzecią odżywką, która również zaskarbiła sobie moją sympatię była Garnier Fructis Oil Repair 3. I o niej dzisiaj mowa, ponieważ jakiś czas temu nastąpiła zmiana zarówno opakowania jak i składu większości produktów tej firmy. Ku mojej uciesze z tego powodu w każdej z drogerii można było napotkać ciekawe wyprzedaże starych serii i promocje na nowe. Jako pierwsza do koszyka powędrowała Oil Repair 3 Butter. W dzisiejszym poście postaram się odpowiedzieć na pytanie, która wersja okazała się lepsza oraz czym różni się ich skład. Co prawda na półkach możecie znaleźć nową wersję Oil Repair 3, ale mnie zainteresowała wersja wzbogacona i właśnie dlatego zdecydowałam się je porównać w kontekście stara - nowa. Zapraszam:)



SKŁAD:
Nowa wersja:

Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil Cetyl Esters, CI 19140 / YELLOW 5, CI 15985/ YELLOW 6, Niacinamide, Saccharum Officinarum Extract/Sugar Cane Extract, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Hydroxypropyltrimonium Lemon Protein, Phenoxyethanol, Trideceth-6, Chlorhexidine Digluconate, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Limonene,   Tocopherol, , Olea Europaea Oil/Sunflower Seed Oil, Limonene, Camellia Sinensis Leaf Extract, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Benzyl Cinnamate, Amodimethicone, Isopropyl Alcohol, Pyrus Malus Fruit Extract/Apple Fruit Extract, Pyridoxine HCl, BHT, Citric Acid,  Cetrimonium Chloride, Butyrospermum Parkii Butter/Shea Butter, Citrus Limon Peel Extract/Lemon Peel Extract, Coumarin, Prunus Amygdalus Dulcis Oil Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Hexyl Cinnamal, Parfum/Fragrance. (F.I.L C1912201). 
Stara wersja:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cetyl Esters, Niacinamide, Saccharum Officinarum Extract, Sugar Cane Extract, Olea Europaea Oil, Trideceth-6, Chlorhexidine Digluconate, Limonene, Camellia Sinensis Leaf Extract, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzylalcohol, Amodimethicone, Isopropylalcohol, Pyrus Malus Extract, Pyridoxine HCl, Persea Gratissima Oil, Butyrospermum Parkii Butter/Sheabutter, Citric Acid, Butylphenyl Methylpropional,  Cetrimonium Chloride, Citrus Medica Limonum Peel Extract, Hexyl Cinnamal, Parfum/Fragrance .



NOWA CZY STARA?

Pomimo tego, że obie wersje sprawdziły się u mnie znakomicie, to mając przed sobą oba składy, jestem zdecydowanie za nowszą wersją. Przede wszystkim jest ona bogatsza. W nowej wersji wysoko w składzie pojawiły się nowe składniki tj. olej kokosowy, olej słonecznikowy, olej makadamia czy olej jojoba.  Poza tym skład jest właściwie bez zmian. Nowe opakowanie także zasługuje na pochwałę, ponieważ jest bardziej poręczne i zwyczajnie nie wyślizguje się z dłoni. Polecam osobom, które podobnie jak ja mają suche, trudno rozczesujące się włosy. To produkt, który zdecydowanie pomógł mi ujarzmić czuprynę po przeproteinowaniu. 

Dajcie znać, czy wypróbowałyście już innne, odmienione wersje odżywek Garnier albo którą szczególnie polecacie?

sobota, 3 czerwca 2017

Nowa pasja pielęgnacyjna - włosy. Wrażenia po farbowaniu naturalną henną Khadi.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że od roku moje włosy są w fatalnym stanie. Kiedyś mogłam pochwalić się grubymi, błyszczącymi kosmykami. Dokładnie rok temu wpadłam na genialny pomysł, żeby zostać blondynką i udałam się do fatalnego (ekskluzywnego) fryzjera. "Stylistka" zrobiła z moich miedzianych blondów, blond jajeczny. Totalna porażka za ogromne pieniądze. Pal sześć z tą kasą, większe problemy pojawiły się później. Żadna farba nie trzymała się dłużej niż 2 tygodnie. Za każdym razem tuż po farbowaniu na wierzch wychodziły blond prześwity. A najgorsze w tym wszystkim było to, że z włosów niskoporowatych w kierunku średnioporowatych zrobiły się bardzo bliskie porowatości wysokiej. Tagle Teezzer ledwo dawał radę. Grzebień to można byłoby tylko wbić i zostawić. A co ja na to wszystko? Odżywka, suszarka i prostownica. Całe moje rozwiązanie problemów z niewygodną fryzurą. Dopiero inspiracją do działania stały się dla mnie posty z włosowej metamorfozy 1 dnia, które publikuje Monika i Ola na blogu Sophieczerymoja. Normalnie jakbym dostała obuchem w głowę. Zdałam sobie sprawę, że jeśli dalej będę co 3 tygodnie farbować włosy i kompletnie o nie nie dbać, to w końcu nie pozostanie mi nic innego jak obciąć się na zapałkę :D Co prawda dalej mam gęste włosy, ale za to sianowate i matowe jak z reklamy "PRZED" popularnej odżywki. Dlaczego akurat posty dziewczyn zainspirowały mnie do działania? Ano dlatego, że zobaczyłam na własne oczy, jak bardzo w ciągu jedno dnia można odmienić swoją fryzurę. Da się? Da się! 

Efekt po 9 dniach od farbowania henną Khadi
 

KROK 1 - ODSTAWIAM FARBY CHEMICZNE

 Póki co z rudości nie zrezygnuję. Nie wyobrażam sobie siebie w żadnym innym kolorze. Od 8 lat, jeśli nie 10 to mój znak rozpoznawczy. Próbowałam niejednokrotnie przejść na brąz lub jakiś inny mniej wypłukujący się kolor, ale wówczas mam wrażenie, że jestem niewidoczna, choćby dla samej siebie.

Skoro nie ma opcji, że zaprzestanę farbować włosy, to alternatywą, którą jako pierwszą wcieliłam w życie było zafarbowanie włosów naturalną henną. Kilka lat temu farbowałam już włosy tym sposobem, ale mój Boże, co to wtedy było... Henna ELD to dla mnie totalna porażka - kolor ohydny, krycie nieregularne, przesuszenie okrutne. Nigdy do niej nie wrócę, choćby kosztowała złotówkę. Po upływie kilku lat zdecydowałam się ponownie zrobić podejście do henny, ale tym razem postawiłam na sławną Khadi. Okazało się, że rzeczywiście - jest ogromna różnica.  Największe plusy henny Khadi to

-Tuż po aplikacji przesuszenie jest prawie niewyczuwalne. Po kilku dniach włosy jeszcze bardziej miękną i powoli, powoli zyskują nowy blask.

-Konsystencja jest łatwa w przygotowaniu i doskonale współpracuje z popularnymi dodatkami typu miód, rumianek czy przyprawy.  

- Nie niszczy włosów, lecz odżywia je i sprawia, że kolor jest nieoczywisty i wręcz niepowtarzalny, gdyż cały efekt zależy od wyjściowego stanu włosów.

W tym miejscu zaprzestanę w zagłębianie się w farbowanie henną Khadi, gdyż to dopiero 1 raz i jeszcze niewiele wiem i z pewnością po 4-5 zabiegach będę mogła powiedzieć Wam coś więcej. Zamiast gadania po prostu pokażę Wam kolejne zdjęcia po tygodniu od farbowania henną Khadi. Zwróćcie uwagę, że włosy są miękkie i błyszczące do połowy. Cała reszta to rok zniszczeń, który w najbliższym czasie będę systematycznie odbudowywać.

 Efekty po 7 dniach od farbowania henną Khadi


Już wkrótce trochę o nowej pielęgnacji, którą wcieliłam w życie... :) 
Dajcie znać co myślicie o farbowaniu henną?